To sytuacja niebywała i domagająca się wyjaśnienia - tak Donald Tusk odniósł się do sprawy listów Marka Falenty. Dodał, że wolałby, by to nie była prawda, bo z listów wynika, że nielegalne podsłuchy były nie tylko akceptowane, ale współorganizowane przez dzisiaj rządzących Polską.

Były premier po przesłuchaniu przez komisję śledcza ds. VAT, był później pytany przez dziennikarzy m.in. o listy Falety - biznesmena skazanego w tzw. aferze podsłuchowej - do prezydenta Andrzeja Dudy i do szefa PiS Jarosława Kaczyńskiego, o których w ubiegłym tygodniu pisały "Rzeczpospolita" i "Gazeta Wyborcza".

Tusk stwierdził, że jest ostatnią osobą, która uzna Falentę za wiarygodnego. Ja nie jestem od tego, wy nie jesteście od tego, żeby stwierdzić ile prawdy jest w listach pana Falenty, ale jest to sytuacja niebywała i domagająca się wyjaśnienia - powiedział były premier dziennikarzom.

Dodał, że "to nie jest pierwszy przypadek, kiedy zamiast oczywistej interwencji prokuratury, czy być może komisji śledczej w Sejmie, mamy zapewnienia rządzących, że to nie jest nic ważnego i nie będzie żadnej sprawy". Koperta Jarosława Kaczyńskiego, czy to jest prawda czy nie, nie mnie osądzać, ale żeby powiedzieć, że prokurator się tym nie będzie zajmował, bo nie, to jest najbardziej dobitny przykład, gdzie w Polsce znalazło się i prawo i sprawiedliwość, tzn. na samym dnie - mówił Tusk.

Zaznaczył, że chodzi mu tu właśnie o prawo i sprawiedliwość, a nie tylko o konkretną partię.

W przypadku listów Falenty wolałbym, żeby to nie była prawda, bo z tych listów wynikałoby jednoznacznie, że proceder nielegalnych podsłuchów był nie tylko akceptowany, ale współorganizowany przez dzisiaj rządzących Polską - powiedział Tusk.

Zaznaczał też, że jeszcze jako premier mówił, że "ślad rosyjski w całej tej aferze jest ewidentny". Dzisiaj wiemy już o tym dużo więcej. Wtedy niektórzy patrzyli na mnie i mówili "a, chyba przesadza". A nie było w tym ani słowa przesady - powiedział Tusk.

Jeśli mamy dzisiaj taką pętlę, bardzo niebezpieczną, gdzie jest z jednej strony prezydent, z drugiej strony wysocy funkcjonariusze PiS-u, z trzeciej strony przestępca i w tle gdzieś miliardy za rosyjski węgiel, i rosyjskie służby, i tego nikt nie chce wyjaśnić, to naprawdę to jest poważny powód, żebyśmy wszyscy zaczęli się obawiać o bezpieczeństwo Polski w takiej sytuacji - dodał Tusk.

Tydzień temu "Rzeczpospolita" poinformowała, że Falenta napisał w kwietniu do prezydenta Dudy, że jeśli nie zostanie ułaskawiony, to ujawni, kto za nim stał. Falenta przedstawia się w nim jako osoba lojalna wobec PiS i CBA, której obiecano bezkarność za odsunięcie PO od władzy - pisała "Rz". Falenta miał napisać, że choć "zrobił, co do niego należało, wywiązał się ze wszystkich złożonych obietnic", a został "okrutnie oszukany" przez ludzi wywodzących się z formacji politycznej prezydenta.

Z kolei "Gazeta Wyborcza" opublikowała list, który Falenta w lutym skierował do prezesa PiS. "Liczyłem, że wielka sprawa, do jakiej się przyczyniłem, zostanie mi zapamiętana i po wygranych wyborach załatwiona niejako z urzędu. Zresztą taka była obietnica panów z CBA" - takie m.in. zdanie znalazło się w tym liście.

W 2016 r. Sąd Okręgowy w Warszawie skazał Falentę na 2,5 roku więzienia w związku z tzw. aferą podsłuchową. Wyrok uprawomocnił się w grudniu 2017 r. Sprawa dotyczyła nagrywania od lipca 2013 r. do czerwca 2014 r. na zlecenie Falenty w warszawskich restauracjach osób z kręgów polityki, biznesu oraz funkcjonariuszy publicznych. Nagrano m.in. ówczesnych szefów: MSW - Bartłomieja Sienkiewicza, MSZ - Radosława Sikorskiego, resortu infrastruktury i rozwoju - Elżbietę Bieńkowską, prezesa NBP Marka Belkę i szefa CBA Pawła Wojtunika. Ujawnione w tygodniku "Wprost" nagrania wywołały w 2014 r. kryzys w rządzie Donalda Tuska.

Opracowanie: