Jedenaście tajemniczych, betonowych kręgów w środku lasu, w każdym woda o innym kolorze i zapachu, a na dodatek wydobywa się z nich niebezpieczny gaz. To jeszcze nie koniec, w tym miejscu znajdował się tajny ośrodek, w którym prowadzono badania nad pożywieniem dla kosmonautów. I to nie jest sceneria kolejnego odcinka Archiwum X, a cichy, spokojny ośrodek w Tyliczu koło Krynicy Zdrój.

Mofeta - bo tak nazywa się to miejsce - przez wiele lat była ukryta pod ziemią i dopiero niedawno udało się ja odkopać i udostępnić turystom. Jest to jedna z największych mofet w Karpatach. To jest po prostu wyziew dwutlenku węgla - tłumaczy Janusz Kieblesz, przewodnik beskidzki i odkrywca tego miejsca - bardzo niebezpieczne miejsce, gdybyśmy położyli się w jej pobliżu. Dwutlenek węgla jest trujący, a jako cięższy gaz od powietrza i gromadzi się tuż przy ziemi. Dwutlenek węgla w ogromnych ilościach

nagromadzony jest w szczelinach skalnych pod ziemią i wydobywa się na powierzchnię po drodze napotykając wodę. I z tą wodą się łączy, a przy okazji woda wypłukuje znajdujące się pod ziemią minerały i już jako woda mineralna, naturalnie gazowana wydostaje się na powierzchnię - tłumaczy Kieblesz. To co możemy tu zobaczyć czy usłyszeć, bo bulgotki słychać, to jest właśnie mofeta. Górale, Łemkowie mówili kiedyś, że jest to miejsce, w którym oddycha piekło.

Posłuchaj rozmowy Macieja Pałahickiego

Mofetę w Tyliczu nazywano natomiast "zupą Tiereszkowej", a to dlatego, że w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego stulecia, kiedy zaczęła się era lotów w kosmos, próbowano w tym miejscu wyprodukować skumulowane białko, czyli pokarm dla kosmonautów. Cała góra była usiana tarasami, do których doprowadzone były rury z dwutlenkiem węgla pozyskanym właśnie z tej mofety. Dzięki dużej zawartości dwutlenku węgla hodowane tu algi, glony rosły bardzo szybko - tłumaczy przewodnik. Algi przerabiane były na żel, który trafiał do worków, a następnie do Krakowa na Balice. Co się z nim dalej działo dokładnie nie wiadomo, bowiem cały program objęty był ścisłą tajemnicą. Ośrodek był tajny i nie zachowały się żadne dokumenty z jego działalności - mówi Jerzy Karakuła, dyrektor ośrodka wypoczynkowego "Domki w lesie", na terenie którego odkryto mofetę. Ciągle odkrywamy coś nowego. Przed tygodniem odkryliśmy kolejna studnię, a w niej jakieś tajemnicze zawory i rury to nimi prawdopodobnie dwutlenek węgla dostarczany był do tarasów - opowiada wskazując korzeń powalonego drzewa, pod którym ukazała się plątanina rur.

Początkowo myślano, że na terenie ośrodka jest tylko jeden krąg z mofetą. Ale kiedy dzięki zaangażowaniu Towarzystwa Przyjaciół Tylicza i funduszom "Kropli Beskidu" rozpoczęto prace, okazało się, że obok znajdują się kolejne kręgi. W sumie odkryto ich jedenaście, a w nich ponad 50 tzw bulgotek i dychawek, czyli miejsc, gdzie ulatnia się gaz. Może dla kosmonautów to już nie, ale przecież algi nadal się wykorzystywane do produkcji najlepszych kosmetyków, więc może i my wrócimy do ich produkcji - mówi dyrektor ośrodka uśmiechając się tajemniczo.

Mofetę dzięki zaangażowaniu miłośników Tylicza można od niedawna zwiedzać.