Nie tylko prezydenckie weta mogą martwić ministra sprawiedliwości. „Rzeczpospolita” publikuje dziś raport NIK w sprawie ekspertów zatrudnionych w resorcie Zbigniewa Ziobry. Spora część z nich została zatrudniona bez otwartego konkursu, choć w momencie podpisywania przez nich umowy taki konkurs był wymagany.

Zbigniew Ziobro /Tomasz Gzell /PAP

Absolwenci studiów po praktyce w sądzie zostali ekspertami resortu sprawiedliwości. Jak wykryła Najwyższa Izba Kontroli, aż 13 z 22 ekspertów zatrudnionych w resorcie Zbigniewa Ziobry w ubiegłym roku nie spełniało wymogu co najmniej trzyletniego stażu pracy, choć taki wymóg wynika z rozporządzenia Rady Ministrów z 2010 roku. Żaden nie został zatrudniony w ramach otwartego konkursu, choć był to wówczas warunek obowiązkowy (zmieniło się to dopiero 4 listopada 2016 roku).

NIK wykrył także, że wszystkim nowo zatrudnionym ekspertom przyznano premie w maksymalnej wysokości (50 proc. umowy o pracę). Otrzymało je aż 15 ekspertów, choć przysługują one za wyjątkową sumienność i wykonywanie pracy. Problem w tym, że - jak wytknął NIK - "spełnianie przesłanek do wypłaty comiesięcznej premii nie było dokumentowane".

Poza premiami 14 ekspertów otrzymywało też dodatki specjalne, w tym siedmiu w kwotach powyżej 40 proc. wynagrodzenia. Przyznawano je za zadania należące do podstawowego zakresu obowiązków eksperta. Jednemu z nich na okres pięciu miesięcy przyznano dodatek specjalny w wysokości 516 proc. podstawy wynagrodzenia.

Mimo zatrudnienia rzeszy ekspertów (koszt - ponad milion złotych), w tym czterech do promocji działań resortu, Zbigniew Ziobro dał umowę-zlecenie firmie zajmującej się PR-em za ponad 310 tys. zł. Zawarł też umowy na wykonywanie korekty stylistycznej wystąpień i prezentacji resortu sprawiedliwości za kwotę 2750 zł miesięcznie (czyli łącznie prawie 20 tys. zł).

Więcej w dzisiejszej "Rzeczpospolitej". 

(az)