Polski strażak st. kpt. Tomasz Czyż, który koordynował na Filipinach pomoc z krajów UE, po blisko dwóch tygodniach wrócił do Polski. Na spotkaniu z dziennikarzami apelował o pomoc dla dotkniętych tajfunem na początku listopada Filipin.

Polski strażak leci na Filipiny pomagać po tajfunie

"Akcja ratownicza na Filipinach nie została zakończona. Prośbę o nasz przyjazd zgłosili eksperci, którzy już pracują na miejscu" - mówi Tomasz Czyż, który jako ekspert Komisji Europejskiej leci na Filipiny koordynować pomoc z krajów UE. W zeszły piątek Filipiny spustoszył tajfunu... czytaj więcej

9 listopada Filipiny spustoszył tajfun Haiyan, który pochłonął ponad 5 tys. ofiar. Rannych zostało ponad 23 tys. osób, a prawie 2 tys. jest zaginionych. Ponad 4 mln osób musiało opuścić swoje domy. Żywioł zniszczył plony i infrastrukturę o wartości 274 mln dolarów.

35-letni st. kpt. Tomasz Czyż pojechał tam, jako członek międzynarodowego zespołu ekspertów. Czyż na co dzień jest strażakiem w komendzie PSP w Gdańsku, ale ma doświadczenie w międzynarodowych akcjach ratowniczych. Brał udział m.in. w akcjach ratowniczych w Pakistanie - w 2005 roku po powodzi i w 2011 r. po trzęsieniu ziemi, był także w grupie polskich strażaków, którzy polecieli na Haiti po trzęsieniu ziemi w 2010 r.

Krajobraz na miejscu był dla mnie nieprawdopodobny. Przypominał mi właśnie trzęsienia ziemi, a nie przejście tajfunu. Konstrukcje betonowe, zbrojony żelbet były tak zniszczone jak po trzęsieniu ziemi, było widać, jak wysoka była fala i na jakiej wysokości tajfun ścinał drzewa - na pewnej wysokości nie było niczego - jakby ktoś odciął to piłą, czy siekierą
- mówił.

Trafiłem do miejscowości Guiuan na wyspie Samar. Tam nie ostał się nawet jeden dom. Wszystko było totalnie zniszczone. 160 km jechaliśmy drogą 6 godzin, musieliśmy usuwać drzewa kokosowe, które ją tarasowały
- opisywał. Jeszcze wszystkie drzewa były zielone, ale po kilku dniach umarły - była ponura szarość - dodał. Sytuację utrudniała pogoda - kilkanaście razy dziennie padał monsunowy deszcz i wiał bardzo silny wiatr.

Nasze zadanie polegało na dystrybucji pomocy - jeździliśmy do kolejnych miejscowości - relacjonował. Gdy przyjechaliśmy pierwszego dnia ludzie nie mieli niczego - byli bez jedzenia, wody do picia, dachu nad głową. Po dwóch dniach naszej pracy zaczęła napływać pomoc - najpierw droga lądową, potem wodną - tłumaczył strażak. Dostarczaliśmy też namioty i materiały do budowy schronień - dodał.

W jego ocenie, dalej na Filipinach na pewno niezbędna jest żywność, woda do picia, wsparcie przy budowie stałych schronień. Dystrybuowaliśmy pakiety z narzędziami potrzebnymi do zbudowania schronienia - młotki, siekiery, plandeki, druty. Na drugi dzień widać było, jak postępują prace - mówił.

Tuż przed powrotem zrobiliśmy rekonesans tego, co się udało zrobić - było widać, jak wiele powstało schronień dla ludzi, jak dużo postawiono namiotów, jak wiele dużych centrów ewakuacyjnych dla ludzi, którzy stracili wszystko, nie mieli się, gdzie podziać, już funkcjonowało - opisywał.

"Tym ludziom pomoc będzie jeszcze długo potrzebna"



Zbudowaliśmy sztab koordynacyjny, codziennie o 18 spotykaliśmy się podsumować dzień, wyznaczyć zadania na kolejny i to działało. Kiedyś wiedząc, że jedzie do nas konwój z pomocą humanitarną - może trochę na wyrost - obiecaliśmy, że ta pomoc będzie. Kiedy następnego dnia pojawiliśmy się tam rzeczywiście z namiotami i innymi potrzebnymi rzeczami, ci ludzie byli wdzięczni za spełnienie obietnicy, cieszyli się, że mają, co robić i jak poprawić swój byt
- mówił o pomocowych działaniach.

To mimo wszystko dla mnie bardzo pozytywne emocje. Najfajniejszą rzeczą, której można doświadczyć tam na miejscu, to realna pomoc dostarczana zwykłym ludziom - powiedział. Pomimo kataklizmu zachowują pogodę ducha, cieszą się z każdego kontaktu i przejawu pomocy - dodał.

Ludzie żyli tam z uprawy kokosów i z rybołówstwa. O kolejnych plonach z kokosów będzie można myśleć dopiero za ok. trzy-cztery lata. Może wcześniej odbuduje się lokalne rybołówstwo - ale tu po prostu własnoręcznie trzeba wykonać nowe łodzie - tłumaczył Czyż. Tym ludziom pomoc będzie jeszcze długo potrzebna - dodał.

Czyż był jednym z pięciu członków międzynarodowej ekipy ekspertów Komisji Europejskiej, która koordynowała akcję ratowniczą i pomoc z krajów UE. Obok niego pracowali Austriak, Brytyjczyk, Norweg i Holender. Misja KE współpracowała z rządem Filipin i z Brukselą, przy szacowaniu strat i przekazywaniu niezbędnej pomocy. Na miejscu zmieniła ich sześcioosobowa międzynarodowa grupa, która będzie kontynuowała działalność.

Podkreślał rolę ich lokalnego przewodnika i tłumacza, który mimo osobistej tragedii - stracił rodzinę żonę i bliźnięta - zawsze chętnie im pomagał. Opowiadał nam o tej stracie i tragedii - niósł bliźnięta pod pachą, żonę miał obok. Wytrzymali wiatr, ale fala porwała dzieci i kobietę. Mimo, że stracił rodzinę, pomagał nam nieść pomoc innym - opisywał. Czyż zapewnił, że w każdej chwili, gdyby była taka możliwość wróciłby na Filipiny dalej nieść pomoc.

(jad)