10 lipca 2015 roku pracownik ochrony odjechał sprzed banku w Swarzędzu (Wielkopolska) furgonetką wypełniona pieniędzmi. 8 milionów złotych i konwojent rozpłynęli się. Łupu do tej pory nie udało się odzyskać, a uczestnicy tego polskiego „skoku stulecia” twierdzą, że nie wiedzą, co stało się z gotówką.

Jeden z oskarżonych Marek K. na sali rozpraw /Grzegorz Michałowski /PAP

Przed łódzkim Sądem Okręgowym trwa proces w tej sprawie. Na ławie oskarżonych zasiadają: Krzysztof W. (konwojent), Adam K. (miał zwerbować pracownika ochrony i być jednym z mózgów skoku), Marek K. (wspólny znajomy Krzysztofa W. i Adama K.), Dariusz D. (miał pomagać przy przepakowywaniu skradzionych pieniędzy), Agnieszka K. i Wojciech M. (mieli ukryć zrabowane pieniądze i wpłacić na konto 250 tys. zł). Wśród oskarżonych brakuje głównego szefa "przedsięwzięcia" - Grzegorza Łuczaka, który był wiceprezesem łódzkiej firmy ochroniarskiej. To właśnie ta firma zatrudniła fałszywego konwojenta. Łuczak nadal jest poszukiwany listem gończym.

Według oskarżonych, skok miał być pomysłem Łuczaka. To on najpierw miał namawiać Marka K. do kradzieży i zapewniał, że sprawa będzie łatwa do przeprowadzenia i nikt nie ucierpi. Miał też przekonywać, że ewentualna porażka nie przyniesie poważnych konsekwencji, bo taki skok to drobne przestępstwo.

Wstępnie zarysowany plan trzeba było wprowadzić w życie. Krzysztof W. został zatrudniony w łódzkiej firmie ochroniarskiej (do pracy przyjmował go sam wiceprezes - Grzegorz Łuczak). Mężczyzna występował pod nazwiskiem Mirosław Duda i bardzo dbał o to, żeby pozostać nierozpoznawalnym. Proces zmiany wyglądu trwał dwa miesiące i w tym czasie Krzysztof W. stał się barczystym mężczyzną o krótkich włosach z brodą i nosił okulary. Po pewnym czasie został przeniesiony do pracy w Wielkopolsce. W czasie pracy dbał o to, żeby nie zostawić śladów - zawsze nosił rękawiczki.

W czasie procesu odczytano jego zeznania, z których wynika, że do rabunku popchnęła go trudna sytuacja materialna rodziny. Podobno grożono mu, gdy chciał się wycofać z kradzieży. Fałszywy konwojent twierdzi, że po skoku nie dostał żadnych pieniędzy. Co prawda pojechał nad morze z rodziną i w podróż po Europie z synem, ale pieniądze na to miały pochodzić ze sprzedaży działki.

Fałszywy konwojent spisał się niemal doskonale, ale policjanci i tak trafili na jego trop. Teraz pracownikowi ochrony i jego wspólnikom grozi po 10 lat więzienia.

(j.)