Paradoksem historii jest fakt, że ich oprawcy też w większości byli, przynajmniej formalnie, katolikami. Tak jak Stepan Bandera (syn księdza unickiego) czy Roman Szuchewycz należeli bowiem do Cerkwi greckokatolickiej, której zwierzchnikiem był arcybiskup-metropolita Andrzej Szeptycki ze Lwowa. Nawiasem mówiąc hierarcha ów, który poszedł także na kolaborację z Adolfem Hitlerem, to wnuk poety i komediopisarza Aleksandra Fredy, a zarazem brat polskiego generała, Stanisława Szeptyckiego.
Tablica ufundowana została przez osoby prywatne, głównie Kresowian i ich potomków, zamieszkujących licznie Dolny Śląsk. Inicjatorem jej wykonania był pan Alfred Janicki, zasłużony działacz społeczny i kresowy. Na tablicy wykute zostały 84 nazwiska. To jednak dopiero połowa, bo zamordowanych duchownych, w tym także kleryków i zakonników, było dwukrotnie więcej. Kolejna tablica powstanie więc w przyszłym roku. Obok tablicy posadzona została Aleja Pamięci, składająca się z lipowych drzew. Każde z nich dedykowane jest jednemu z kapłanów.
W uroczystość uczestniczyło wiele osób, ale bez delegacji władz państwowych. Polityków też jak na lekarstwo, przybyła tylko jedna pani poseł, wywodząca się z rodziny kresowej. A przecież ci, którzy zostali zamordowani w czasie ludobójstwa na Kresach Wschodnich, ginęli tylko dlatego, że byli Polakami.
Dodam, że w serwisie wieczornym Katolickiej Agencji Informacyjnej, która z założenia powinna dbać o takie sprawy, o upamiętnieniu w Czerwonej Wodzie nie było ani słowa. Dlatego też tym cenniejsze jest bezinteresowne zaangażowanie społeczników, którzy w swym działaniu nie zważają na tzw. poprawność polityczną i inne przeszkody.