Byłem internowany krótko. Wróciłem do domu szybko, choć odmówiłem podpisania "lojalki". Dopiero po wielu latach (od byłego premiera Mieczysława F. Rakowskiego) dowiedziałem się, komu to zawdzięczam - interwencji u gen. Jaruzelskiego prof. Czesława Bobrowskiego. To okazja, by przypomnieć w kilku słowach sylwetkę Profesora. Był ważną postacią polskiej historii a niewielu młodszych Go kojarzy.
Bobrowski był ekonomistą przed wojną zbliżonym do środowiska "lewicowych piłsudczyków". Wojnę spędził we Francji i uczestniczył w ruchu oporu. Po wojnie socjaliści zrobili go szefem Centralnego Urzędu Planowania. Pod jego kierunkiem został opracowany i zrealizowany trzyletni Plan Odbudowy - chyba jedyny sukces gospodarczy po wojnie. Ale Bobrowski na fali stalinizacji został szybko usunięty. Schronił się we Francji. Do kraju wrócił w 1956 roku i został jednym z szefów Rady Gospodarczej, która miała zreformować komunistyczny system. Nie zreformowała, a Bobrowski został profesorem na UW. Tam byłem jego studentem, a potem miałem okazję utrzymywać z Nim prywatny kontakt. W 1981 roku Bobrowski był szefem Konsultacyjnej Rady Gospodarczej. Była to instytucja - jak na tamte realia - niezależna, działająca pod parasolem Jaruzelskiego. Bobrowski był pragmatykiem. Nigdy nie był komunistą, ale Jaruzelskiego postrzegał chyba jako człowieka dobrych intencji, a Generał z kolei traktował Go z respektem.
Po tej dygresji wracam do internowania. Mam trzy osobiste wspomnienia, które skłaniają mnie do surowej oceny. Zanim funkcjonariusze SB "pobrali" mnie nocą z 12 na 13 grudnia, trafili do miejsca gdzie byłem formalnie zameldowany i gdzie była tylko moja matka, która bała się otworzyć drzwi - włamali się forsując drzwi łomami. Drugie zdarzenie, to Białołęka. Taki obrazek: przeprowadzają nas z jednego pawilonu do drugiego w szpalerze rosłych zomowców z długimi pałami, przede mną szedł prof. Goldfinger-Kunicki (członek akademii, przedwojenny socjalista) niosąc więzienne "oporządzenie" (koce, miskę). Trzeci obrazek. Ośrodek internowania w Jaworzu (dla opozycyjnej "elity"): spacery w szpalerze ZOMO-ców z długą bronią i psami.
Do twórców stanu wojennego jak najgorzej usposabia mnie też wiedza o brutalności milicji i SB w wielu ośrodkach prowincjonalnych. No i - to kwestia najważniejsza - stan wojenny to przecież była likwidacja wątłych skądinąd praw obywatelskich. Ale obywatele w swej większości mimo wszystko stan wojenny zaakceptowali. Dlaczego?
Moja hipoteza jest taka: ludzie nie chcieli komunizmu, ale propaganda ich przekonała, że upadek PZPR-u będzie równoznaczny z potencjalnie krwawą sowiecką interwencją. I druga okoliczność: mimo przejawów brutalności władz, przemoc była miarkowana. Na tle tego, co działo się w Chile czy Argentynie u nas był jednak "Wersal", a przecież udało nam się komunistom nieźle pogonić kota.
Mnie ta "łagodność" nie zaskoczyła: gdy wieźli nas "nyską" do więzienia w Białołęce, to - choć po drodze mijały nas kolumny czołgów - byłem pewien, że jedziemy do więzienia, a nie pod ścianę. Trudno to uznać za zasługę twórców stanu wojennego, ale to na pewno okoliczność łagodząca. Więc przed sądem stanąć powinni, ale - gdyby to ode mnie zależało - byłbym za objeciem ich amnestią. To jednak czysto teoretyczne dywagacje. Minęło ponad 30 lat. Ani stanu wojennego (ani komunizmu jako takiego) już sensownie nie rozliczymy. Szkoda, ale trzeba się z tym pogodzić.
Interna
Po ponad trzydziestu latach wspomnienie internowania jest trochę jak wspominanie służby wojskowej – zacierają się zdarzenia nieprzyjemne, a „rosną” te, które postrzegamy jako nieprzeciętne. Dzięki temu można się poczuć jak ktoś nietuzinkowy. Trzeba więc uważać, by nie poczuć się lepiej niż na to zasługujemy.