Funkcjonariusz zaznaczył również, że znalezione ciało nie posiadało ubrania.
Co ciekawe, funkcjonariusz zeznał także, że odebrał telefon od konsula, który przekazał mu polecenie od ministra obrony Bogdana Klicha, by przekonał Rosjan, aby nie zaczynali badania czarnych skrzynek bez udziału polskich służb. Dowódca rosyjski odpowiedział mu jednak, że Rosjanie mają swoje procedury, co mogło świadczyć o odmowie, więc przesłuchiwany funkcjonariusz zasugerował konsulowi, by sprawę załatwić na wyższym szczeblu.
Całe miejsce katastrofy podzielono na 13 sektorów i już o godzinie 13 zaczęto wynosić pierwsze zwłoki. Układano je w specjalnie przygotowanym miejscu. Ciała wynosili strażacy, fotografowano twarze ofiar, pobierano odciski palców. Później opisywano i owijano zwłoki w folię.
Oficerowie BOR-u zeznali, że gdy przyjechali na miejsce, cały teren był już obstawiony przez żołnierzy, byli tam także lekarze i około 10 żołnierzy Specnazu.
Co ciekawe, tuż po katastrofie obecna na miejscu konsul Wioletta Sobierańska - jak twierdzi jeden z BOR-owców - nie miała aktualnej listy pasażerów. Dopiero po telefonie do 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego naniosła poprawki na listę pasażerów z dnia wcześniejszego.
Dopiero po dłuższej chwili ustalono też, że na pokładzie powinno być 96 osób. Zaczęła się identyfikacja, którą prowadziło wstępnie trzech funkcjonariuszy BOR-u i dwóch pracowników konsulatu.
Jak podała "Rzeczpospolita" - 5 kwietnia do Moskwy poleciała trzyosobowa grupa przygotowawczo-realizacyjna. Miała sprawdzić miejsca, które planowali odwiedzić szef rządu i prezydent, oraz uczestniczyć w bezpośrednim zabezpieczeniu obu wizyt.
Szefem zespołu był Cezary K., dla którego była to pierwsza tego rodzaju misja zagraniczna. Przyznał to 27 kwietnia podczas przesłuchania w wojskowej prokuraturze badającej okoliczności katastrofy Tu-154M - podał dziennik.