Część osób po badaniach i obserwacji wraca do domu, ale wielu pacjentów wymaga operacji neurochirurgicznej, gdzie trwa walka o ich życie.
Oczywiście są to osoby, które nie miały kasku. Mam tak świeżo w pamięci mężczyznę, który właśnie jadąc na hulajnodze bez kasku, w ogóle bez żadnych ochraniaczy - został potrącony przez samochód tak, że uderzył głową w szybę, potem w podłoże. No i niestety skończyło się to tragicznie, bo trafił do nas w ciężkim stanie i wymagał natychmiastowej operacji – mówi dla Twojego Zdrowia RMF24 dr n. med. Małgorzata Krakowska-Stasiak, kierująca Szpitalnym Oddziałem Ratunkowym w Wojskowym Szpitalu Klinicznym w Krakowie.
Osoby w lepszej kondycji, które mogą odpowiadać – zawsze po takim wypadku słyszą pytanie o to, czy miały kask. Po przeczącej odpowiedzi – zwykle próbują tłumaczyć, że na rower czy hulajnogę wsiadły tylko na chwilę i myślały, że takie sytuacje ich nie dotyczą, a prędzej przydarzają się osobom, które pokonują odległe dystanse.
Wygrywa brak wyobraźni – także rodziców.
Obserwuję sama, nawet jako matka, także dzieci jeżdżące bez kasku, co jest niezgodne z przepisami aktualnie. Natomiast, takie sytuacje zdarzają się, no i przyprawiają rzeczywiście o ból głowy – podkreśla specjalistka medycyny ratunkowej.
Bo uraz głowy każdemu może przytrafić się i zagrażać życiu.
Zawsze liczy się przede wszystkim czas… Czas dojazdu karetki, czas reakcji, żeby odpowiednio szybko wezwać pomoc. No bo czas to mózg, a jeśli jest krwawienie wewnątrzczaszkowe - to bez natychmiastowej operacji, taki chory ma mniejsze szanse na przeżycie - wyjaśnia doktor Małgorzata Krakowska-Stasiak.
Wystarczy pech – chwila nieuwagi
Najczęściej decyduje moment, w którym zagapiliśmy się albo popełniliśmy jeden błąd.
Wystarczy raz tylko mieć pecha albo ktoś inny na drodze może popełnić błąd i w wypadku braku posiadania kasku - drastycznie maleją nasze szanse na wyjście bez szwanku z urazów mózgowo-czaszkowych – zaznacza dr n. med. Dorian Gładysz, neurochirurg z Wojskowego Szpitala Klinicznego w Krakowie.
Jedna chwila może zadecydować o tym, że stracimy życie albo będziemy niesamodzielni i to nie musi być duża prędkość. Wystarczy upadek z własnej wysokości.
Przy urazach mózgowo-czaszkowych, zwłaszcza przy ciężkich urazach mózgowo-czaszkowych - może dojść do uszkodzenia mózgu i wtórnie do tego uszkodzeń, które powodują problemy z funkcjonowaniem na co dzień. To są pacjenci, którzy zmagają się z padaczkami pourazowymi, z niedowładami trwałymi, którzy wymagają zabiegów neurochirurgicznych, ostrych zabiegów odbarczających krwiaki śródczaszkowe - to są sytuacje, które my widzimy i które kończą się interwencją operacyjną często – wyjaśnia specjalista.
Wielu dramatycznych i tragicznych sytuacji można by uniknąć - gdyby był kask na głowie.
Mamy w tym momencie pacjenta - nie pierwszego zresztą i prawdopodobnie niestety nie ostatniego - w stanie krytycznym, który będzie wymagał długotrwałej opieki i będzie niesamodzielny najprawdopodobniej do końca życia po urazie. Gdyby miał kask prawdopodobnie byłoby o wiele lepiej – zaznacza neurochirurg.
Częściej o kaskach zapominają osoby jeżdżące na hulajnogach niż rowerzyści.
Hulajnoga wydaje się niewinna, mniejsza, ale rozpędza się do dużych prędkości i wystarczy, że trafi na nierówność na drodze - wtedy bardzo łatwo wtedy o upadek, szczególnie przy szybkim poruszaniu się po chodnikach między pieszymi. Jako neurotraumatolodzy apelujemy, żeby wkładać kaski nawet na krótkie odległości, żeby nie bagatelizować sytuacji. To zawsze budzi grozę, jeżeli ktoś pędzi zupełnie bez kasku, bez oglądania się na ruch drogowy – mówi doktor Dorian Gładysz.
Do tego apelu przyłącza się także choćby Stowarzyszenie Tam i z Powrotem, które wspiera osoby po urazach mózgu oraz ich bliskich. 25 lipca, od godziny 14:00 - Dwór w Mogilanach pod Krakowem stanie się miejscem edukacji i spotkań ze specjalistami.