Prezes Podkarpackiego Związku Piłki Nożnej Kazimierz Greń zapewnia, że nie handlował biletami przed meczem Irlandia-Polska. Zapowiada pozwy przeciwko mediom, które – jego zdaniem - próbowały go zniszczyć jako człowieka i działacza, i walkę o milionowe odszkodowania.

Kazimierz Greń: Jestem niewinny. Będę żądał odszkodowań, nawet milionowych

"W ogóle nie powinno być tej sprawy. Zarzuty wobec mnie zostały w sądzie oddalone" - podkreślił w czasie spotkania z dziennikarzami członek zarządu PZPN Kazimierz Greń, wobec którego Komisja Dyscyplinarna piłkarskiej centrali wszczęła postępowanie za rzekomą sprzedaż biletów przed... czytaj więcej

To było godzinne przedstawienie. Greń doskonale czuje się w takich okolicznościach i był w swoim żywiole. Atakował dziennikarzy, którzy w ostatnich dniach rozpisywali się na temat zajść w Dublinie. Najbardziej dostało się "Przeglądowi Sportowemu" i portalowi Weszło.com. Greń oskarżał i wytykał błędy zawarte w publikacjach.

Jego zdaniem, to media przychylne PZPN-owi niezasłużenie go zaatakowały. Podkarpacki baron zapowiedział, że będzie rozmawiał jedynie z mediami, które interesują się prawdą, a nie tanią sensacją. Prawda przedstawiona przez Grenia jest następująca: ktoś chce go zniszczyć, bo zagraża on obecnej władzy w Polskim Związku Piłki Nożnej. Gra ma się toczyć o wprowadzenie nowego statutu piłkarskiej centrali. Wyeliminowanie Grenia ma ułatwić wprowadzenie reform i zniszczenie opozycji.

Greń przyznał, że ostatnio czuł się inwigilowany i że był w różny sposób zastraszany. Co do dublińskich wydarzeń, to w trakcie konferencji działacz z Rzeszowa pokazał nawet czarną kurtkę i spodnie, w które był ubrany w dniu meczu. A wszystko po to, by wskazać nieścisłość w relacji jednego z kibiców, który miał kupić od niego bilety. W "Przeglądzie Sportowym" rzeczony kibic powiedział, że Greń ubrany był na granatowo...

Członek zarządu PZPN szczegółowo odniósł się także do samego zatrzymania przez irlandzką policję. Powiedział, że z uwagi na własną rozpoznawalność "musiałby być idiotą, by sprzedawać bilety". Dodał, że wszystkie dokumenty i dowody ujawni w sądzie. Na razie ujawnił jedynie billingi, z których - według niego - wynika, że w dniu meczu w Dublinie dzwoniły do niego jedynie osoby, które miały odebrać od niego rzeczone bilety.

Sprawę trudno nazwać więc rozwiązaną. Greń przedstawił swoją wersję wydarzeń - kilka razy sam sobie zaprzeczał, ale potwierdził, że jest graczem ofensywnym. To człowiek, który lubi atakować, więc tego typu taktyki można się było spodziewać. Linia obrony prezesa Podkarpackiego Związku Piłki Nożnej jest prosta: biletami nie handlował, a cała sprawa została wyssana z palca.

Państwo wiecie, że pod stadionami chodzą koniki, że handlują biletami. Tak było też w Dublinie. Dlaczego złapano tylko Grenia? - pytał retorycznie Kazimierz Greń i przypomniał, że irlandzki sąd wycofał postawione mu zarzuty, a on opuścił gmach jako wolny człowiek.

Greń poszedł więc na wojnę z PZPN-em i - jak zaznaczył - "częścią mediów". Jego armia wygląda niezbyt imponująco, ale działacz już nieraz pokazywał, że potrafi przekonywać, obiecywać i namawiać. Jednak jeśli pójdzie do sądu, to musi mieć mocne papiery, które potwierdzą jego niewinność. We wtorek ich nie ujawnił i w całej sprawie ciągle jest sporo niewiadomych. To, że Greń nie zdecydował się na przedstawienie już teraz mocnych dowodów niewinności, z pewnością może dawać do myślenia.