Zwycięstwo Mark Rutte nie jest żadną tamą dla populizmu, jak próbują się pocieszać niektórzy w Brukseli, Paryżu czy Berlinie. I nie oznacza, że Polacy pracujący w Holandii mogą spać spokojnie.

Mark Rutte /JERRY LAMPEN /PAP/EPA

Zwycięstwo Rutte pokazało, że przyjmując antyimigracyjne, a zwłaszcza antyislamskie hasła, można wygrać wybory. To będzie z pewnością lekcja dla tradycyjnych partii w Niemczech i Francji. Geert Wilders i tak urósł w siłę, bo ma więcej miejsc w parlamencie niż poprzednio, a w dodatku udało mu się "zainfekować" debatę publiczną. 

Sam Rutte powiedział, że wybory wykazały, iż Holandia "po Brexicie, po wyborach w USA powiedziała "stop" złemu rodzajowi populizmu", czyli sam przyznał się do jakiegoś, "dobrego", bardziej cywilizowanego populizmu.

Rutte  w ostatniej fazie kampanii mówił zupełnie jak Wilders, że "jak się jakimś imigrantom w Holandia nie podoba, to niech się wynoszą". I ostatecznie głosów mu przysporzył ostry spór z Turcją i zakaz prowadzenia na terenie Holandii kampanii przed tureckim referendum konstytucyjnym. Jeżeli Rutte ugiąłby się wówczas nawet na milimetr przed Turcją, to automatycznie przysporzyłby głosów Wildersowi, który mogłaby wówczas powiedzieć, że to on zrobi porządek z Turkami, bo Rutte nie potrafi.

Pozytywne jest to, że pod wpływem Wildersa Rutte wyzwolił się z politycznej poprawności i zwłaszcza w ostatniej fazie nazywał wszystkie problem społeczne w Holandii po imieniu. Zresztą język zmieniły prawie wszystkie główne partie, zwłaszcza w sprawach imigracji. Wilders w ostatnim czasie kampanii stał się mnie atrakcyjny, nie mógł się już tak bardzo wyróżniać. Zaczął się nawet powtarzać. W dodatku partia premiera Rutte zamiast pozwalać Wildersowi dyktować styl kampanii wyborczej, zaczęła sama wysuwać nowe pomysły. Np. hasłem kampanii Rutte był optymizm i podkreślanie tego, jak wspaniałym krajem jest Holandia i jak jeszcze lepszym będzie w przyszłości. I jak się okazało o wiele lepiej się to sprzedawało u wyborców niż depresyjne wizje Wildersa.

Polacy na pewno mogą być spokojniejsi niż gdyby wygrał Wilders. Jednak przejęcie przez Ruttego wielu haseł nie daje stuprocentowej pewności, że nic się nie zmieni na rynku pracy w Holandii. Ci, którzy pracują legalnie i mieszkają w Holandii od lat, niczego nie muszą się obawiać. W gorszej sytuacji mogą jednak być pracownicy sezonowi i delegowani. Można się spodziewać, że Rutte będzie próbował zmienić zasady pracy osób delegowanych czyli wysyłanych czasowo do Holandii np. na budowy. Jest to spora konkurencja dla holenderskich firm. Nowy rząd Rutte będzie z pewnością gorliwie zabiegał o zmiany zasad delegowania w ramach unijnego prawa. Z pewnością tę zasadą będzie chciał także objąć np. kierowców, co uderzy w polskie firmy transportowe. Może też ograniczyć zasiłki na dzieci dla imigrantów, domagając się np. takich samych rozwiązań jakie wynegocjuje sobie Wielka Brytania podczas rokowań z UE w sprawie Brexitu.

(mpw)