Niefortunne jest miejsce spotkania, czyli plac Krasińskich, na którym znajduje się pomnik Powstania Warszawskiego. Amerykanie bowiem dla uratowania owego zrywu niepodległościowego praktycznie nic nie uczynili.

Donald Trump /EPA/MICHAEL REYNOLDS /PAP

Już za kilka dni odbędzie się wizyta amerykańskiego prezydenta Donalda Trumpa w Warszawie. Raczej nie wiązałbym z nią większych nadziei, bo poprzednie odwiedziny, zwłaszcza prezydentów George'a W. Busha i Baracka Obamy, pokazały jasno, że administracja Stanów Zjednoczonych, niezależnie od tego, kto ją tworzy, polskich sojuszników traktuje w sposób protekcjonalny. Niemniej jednak obecna wizyta może być ważnym i ciekawym wydarzeniem. Tym bardziej, że nowy prezydent raczej nie jest przewidywalny i potrafi zaskoczyć. Nie jest też tak "plastikowy" i przeraźliwie "poprawny politycznie", jak jego poprzednik.

Jak na razie jedynym zgrzytem w czasie przygotowań jest sytuacja, która wynika z tego, że na spotkanie z dostojnym gościem, które ma się odbyć na placu Krasińskich, zaproszenie rozsyła nie prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Andrzej Duda, ale - uwaga! - ambasada USA w Warszawie. Czyżby tylko pan ambasador Paul W. Jones wiedział, kto w Polsce jest godny, a kto nie, spotkać się z amerykańskim przywódcą? Czyżby to wynikało z nieufności wobec polskich władz państwowych?

Niefortunne jest też miejsce spotkania, czyli plac Krasińskich, na którym wznosi się monumentalny pomnik Powstania Warszawskiego. Amerykanie bowiem dla uratowania owego polskiego zrywu niepodległościowego praktycznie nic nie uczynili.

Ważniejszy dla nich był sojusz z Rosją radziecką. Wprawdzie w dniu 18 września 1944 r. prawie 110 amerykańskich bombowców dokonało pierwszego, a zarazem ostatniego, zrzutu spadochronowego z pomocą materialną dla powstańców, ale aż 80 proc. zasobników trafiło w ręce Niemców. Poza tym, w czasie, po upadku Starego Miasta i innych dzielnic, powstanie dogorywało i nic już nie mogło uratować miasta od zagłady. Tragedię Polski przypieczętowała parę miesięcy później konferencja w Jałcie na Krymie, w czasie której prezydent USA Franklin Delano Roosevelt wraz premierem Winstonem Churchillem zdradzili polskich sojuszników, oddając nasz kraj wraz z całą Europą Środkowo-Wschodnią krwawemu Stalinowi. Wówczas do więzień UB i NKWD trafiło wielu bohaterskich powstańców warszawskich jak np. porucznik Jan Rodowicz ps. "Anoda" z powstańczego batalionu "Zośka", kawaler Krzyża Walecznych i Orderu Virtuti Militari, zgładzony w 1949 r. Czy o tym wszystkim prezydent największego mocarstwa będzie miał odwagę powiedzieć pod wspomnianymi pomnikiem? Czy padnie słowo "przepraszam’ za Jałtę?

Na koniec, słowa wielkiego uznania dla wszystkich lotników tak Polaków i Anglików, jak i Amerykanów, Kanadyjczyków i obywateli Republiki Południowej Afryki, którzy w lecie 1944 r. (pomimo knowań polityków) wykazali się heroiczną odwagą, lecąc na pomoc Warszawie. Cześć i chwała Bohaterom!