Nie żałuję ani Petro Poroszenki, ani Micheila Saakaszwilego, bo obaj są gloryfikatorami ludobójców z UPA i SS Galizien. Nie będę też płakać po Witoldzie Waszczykowskim. Jednak martwię się tym, że w obliczu nowych zagrożeń na Wschodzie polska dyplomacja jest w takim bezwładzie.

Petro Poroszenko /JULIEN WARNAND /PAP/EPA

Od kilku dni rządy wielu europejskich państw znów bacznie obserwują to, co dzieje się w Kijowie. A mają miejsce tam niepokojące wydarzenia. Głównie za przyczyną bezpaństwowca Michaela Saakaszwilego, byłego prezydenta Gruzji i było ukraińskiego gubernatora Odessy, który bez żadnych zezwoleń przedarł się z wielkim hukiem przez granicę polsko-ukraińską. Ze względu na wysłany za nim międzynarodowy list gończy winien być on zatrzymany już w chwili wylądowania na lotnisku w Warszawie, ale szef MSZ Wiktor Waszczykowski, który wciąż widzi w nim "bohatera" i "najlepszego przyjaciela" śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego, zaniechał jakichkolwiek działań. Pisałem o tym w jednym z felietonów.

W ostatnią niedzielę Saakaszwili, który jawnie dąży do obalenia obecnego prezydenta Ukrainy, oligarchy Petro Poroszenki i premiera Wołodymyra Hrojsmana, zorganizował w Kijowie marsz przeciwko władzy. Odpowiedzią ze strony ukraińskiego rządu była wczorajsza próba aresztowania zbuntowanego polityka. Była to próba nieudana, bo Saakaszwili uciekł - uwaga! - na dach i groził, że skoczy jeżeli policja będzie starała się go zatrzymać. W końcu pokaźna grupa antyterrorystów ściągnęła go na dół i wsadziła do policyjnej furgonetki. Jednak nie udało się go odwieść na przesłuchanie, bo tłum rozbił furgonetkę i uwolnił zatrzymanego, który od razu udał się do centrum stolicy, aby zorganizować kolejne demonstracje. Nawiasem mówiąc, policja zachowała się nadzwyczaj biernie, co jest objawem tego, że ukraiński premier nie panuje już nad siłami porządkowymi. Na dodatek niezadowolenie w społeczeństwie, ustawicznie okradanym przez oligarchów, gwałtownie rośnie. Należy więc spodziewać się kolejnych wydarzeń, bynajmniej nie demokratycznych. Moim skromnym zdaniem, kwestia rozpoczęcia tzw. trzeciego Majdanu, czyli zbiorowego protestu społecznego, jest już tylko kwestią czasu.

Co na to wszystko polska dyplomacja? Tradycyjnie nic. Po pierwsze dlatego, że niewolniczo trzyma się tzw. mitu Jerzego Giedroycia, którego jedną z głównych zasad jest uległość (żeby nie napisać: służalczość) wobec Ukrainy. I to niezależnie do tego, co się w danym momencie dzieje w Kijowie. Po drugie, główni rywale - Poroszenko i Saakaszwili byli kreowani przez ekipy PiS i PO na "odwiecznych przyjaciół". Są oni też kawalerami najważniejszych polskich odznaczeń państwowych. Poroszenko otrzymał w 2014 roku Order Orła Białego, Saakaszwili w 2008 roku Krzyż Wielki Orderu Zasługi RP. Obaj też mają potężnych protektorów w USA. Są też w łaskach u Georga Sorosa. Po trzecie, ze względu na trwającą od kilku tygodniu rekonstrukcję rządu minister Witold Waszczykowski siedzi już na spakowanych walizkach, a z jego głosem praktycznie już nikt się nie liczy.

Osobiście nie żałuję ani Petro Poroszenki, ani Micheila Saakaszwilego, bo obaj, nie bacząc na wsparcie ze strony Polaków, biorą czynny udział w gloryfikacji ludobójców z UPA i SS Galizien. Nie będę też płakać po ministrze spraw zagranicznych. Jednak martwię się, że wobec nowych zagrożeń, które są tuż za naszą wschodnią granicą, polska dyplomacja jest w takim bezwładzie. Oby na miejsce Waszczykowskiego nie przyszedł kolejny "giedroyciowiec" czy inny mitoman.