Dopóki szefem MSZ będzie polityk słaby i uległy, a ambasadorem w Kijowie dziennikarz bagatelizujący ludobójstwo i wykazujący zrozumienie dla kultu zbrodniarzy z UPA, to wypowiedź prezesa PiS, skądinąd ważna i zdecydowana, będzie tylko słowa rzucanymi na wiatr.

Witold Waszczykowski /Radek Pietruszka /PAP

Parę dni temu prezes PiS Jarosław Kaczyński w jednym z wywiadów jednoznacznie skrytykował politykę historyczną naszych wschodnich sąsiadów, stwierdzając dobitnie, że "Ukraina z Banderą do Europy nie wejdzie". Jest to bardzo ważna wypowiedź w ustach polityka, który trzy lata temu na Majdanie w Kijowie, w obecności szefa faszystowskiej "Swobody" Ołeha Tiahnyboka i czerwono-czarnych flag UPA, krzyczał "Sława Ukrainie", na co zgromadzeni odpowiedzieli gromko po banderowsku "Herojom sława". Wypowiedź ta jest ważne również dlatego, że za czasów prezydentury Petro Poroszenki, którego kolejne rządy polskie wspierają politycznie, finansowo i i militarnie, doszło do gwałtownego wzrostu nie tylko kultu ludobójców z UPA i SS Galizien, ale i cynicznego zakłamywanie historii i to w stylu, którego nie powstydziłby się niemiecki minister propagandy Joseph Goebbels.

Czy słowa prezesa Kaczyńskiego zmienią nastawienie tej części PiS, która od lat ‘puszcza oko" do nacjonalistów ukraińskich, widząc w nich sojuszników budowaniu tzw. Międzymorza? Osobiście wątpię. Przykładem tego może być działalność ministra spraw zagranicznych Witolda Waszczykowskiego, który wobec Ukrainy wciąż prowadzi politykę uległości. Nie dość, że stronie ukraińskiej ustępuje w każdej sprawie, to jeszcze na newralgiczne stanowisko ambasadora w Kijowie powołał nie fachowego dyplomatę, ale dziennikarza. Chodzi o Jana Piekło, który w dyplomacji nigdy nie pracował. Na dodatek ów dziennikarz, wdając się w prasowe polemiki, ludobójstwo 150 tysięcy Polaków  przez banderowców nazwał - uwaga - "incydentem" i który wykazał "zrozumienie" dla wspomnianej gloryfikacji ludobójców. I ktoś taki ma walczyć o prawdę i sprawiedliwość dla ofiar?

Równocześnie szef MSZ praktycznie nie dba o los Polaków nad Dniestrem i Dnieprem. I to w chwili, gdy z kasy polskiego podatnika płyną wartkim strumieniem dotacje na mniejszość ukraińską w naszym kraju. I gdzie tutaj zasada wzajemności? Nie dba też o pochówek ofiar ludobójstwa, których aż 90 procent nadal nie ma swoich mogił, krzyży i pamiątkowych tablic.

Nic więc dziwnego, że wobec takiej uległości wciąż za wschodnią granicą dochodzi do skandalicznych wydarzeń. Najpierw wysadzenie w powietrze pomnika ofiar ludobójstwa w Hucie Pieniackiej, później dewastacja pomnika ofiar NKWD w Bykowni k. Kijowa, a teraz działania przeciw konsulatowi we Lwowie. Szef polskiego MSZ nie zadbał nawet o to, aby sprawę badali polscy prokuratorzy, bo ukraińskim nie ma co wierzyć. A sprawę trzeba wyjaśnić, niezależnie od tego, kto i z jakich pobudek to uczynił. Co więcej, nie zadbał także o naprawienie szkód przez stronę ukraińską, bo czyszczenie wspomnianego pomnika odbywa się znów z kieszeni polskiego podatnika. Nawiasem mówiąc, 28 bm. minie kolejna rocznica zagłady Huty Pieniackiej i uroczystości rocznicowe, pomimo wcześniejszych zapewnień, odbędą się na kupie gruzów. Będzie to lamaż takiej dyplomacji.

Reasumując, dopóki więc szefem MSZ będzie Witold Waszczykowski, polityk słaby i uległy, a ambasadorem w Kijowie dziennikarz Jan Piekło, bagatelizujący ludobójstwo i wykazujący zrozumienie dla kultu zbrodniarzy z UPA, to wypowiedź prezesa PiS, skądinąd ważna i zdecydowana, będzie tylko słowa rzucanymi na wiatr.

(mpw)