Sanocki klub hokejowy postawił w tym sezonie na nową jakość. Transmisje z meczów STS-u w Arenie Sanok, realizowane za pośrednictwem lokalnego portalu internetowego, są płatne. Cena: 15 złotych za mecz. Drożej niż na trybunach. A wszystko to w sytuacji, kiedy polskiemu hokejowi dramatycznie brakuje promocji i pieniędzy, więc celem nadrzędnym powinno być przyciąganie ludzi do dyscypliny. Trudno oprzeć się wrażeniu, że klub z Sanoka strzela sobie w stopę. Oby tylko sobie.

Zawodnicy Ciarko PBS Bank STS Sanok /Darek Delmanowicz /PAP

Dlaczego mecze w Arenie Sanok pokazywane będą w systemie pay-per-view, klub wyjaśnił fanom w krótkim wpisie na Facebooku. Jak czytamy, "kibice, którzy mieszkają poza granicami miasta - wykupując ‘elektroniczny bilet’, będą mogli wesprzeć finansowo klub i jego działalność". Idea piękna.

Szkoda, że oderwana od realiów.

Można by przy okazji zadać złośliwe pytanie, czy do wspierania sanockiego budżetu przekonani są kibice, powiedzmy, GKS-u Tychy albo Cracovii. Ale nimi przecież klub z Podkarpacia przejmować się nie musi. Nie chcą płacić - nie oglądają. Proste.

Nie neguję tego, że celem każdego klubu - poza celami stricte sportowymi - powinno być pomnażanie zysków. One bowiem umożliwiają realizację celów sportowych właśnie. Pytanie jednak, czy pomnażanie zysków powinno się zaczynać od drenowania kieszeni kibiców.

A drenowanie to przybiera w tym konkretnym przypadku postać wyjątkowo absurdalną. Dostęp do pojedynczej transmisji z Areny wyceniono w Sanoku na 15 złotych. Drożej niż wstęp na trybuny! Bilet normalny na domowy mecz STS-u kosztuje bowiem 12 złotych, a ulgowy - do którego prawo mają kobiety, uczniowie i studenci, emeryci i renciści - złotych osiem.

Absurd? Może jednak nie do końca... W hali trzeba przecież siedzieć na małym, twardym krzesełku. Zimno jest czasem. I na sąsiadów można różnych trafić. A jak się ogląda we własnym domu, przed ekranem telewizora czy komputera, to w cenie 15 złotych ledwie ma się komfort siedzenia na własnej wygodnej kanapie i w towarzystwie starannie dobranym. Okazja przecież!

Zupełnie serio trzeba tu jednak powiedzieć, że na mecze chodzi się nie tylko dla samej rywalizacji sportowej. Na mecze chodzi się również - a czasem przede wszystkim - dla niepowtarzalnej atmosfery, której poza trybunami poczuć się nie da. Dla świadomości (albo przynajmniej złudzenia), że zdzierając gardło na trybunach, pomaga się drużynie. Dlatego w końcu, że na żywo widzi się mecz lepiej, dokładniej, bo kamera nie jest w stanie uchwycić wszystkiego, co dzieje się na tafli i wokół niej. Za to wszystko płacimy, wydając pieniądze na stary, dobry, "analogowy" bilet, który otwiera nam drogę na trybuny.

Te drobiazgi włodarze klubu z Sanoka wycenili jednak znacznie niżej niż komfort oglądania meczu w domowym zaciszu, w jakości HD.

À propos jakości... Są pewne standardy, których - oczekując od kibiców pieniędzy za transmisję - wypadałoby się trzymać. Licznik pokazujący czas gry i czas gry w przewadze. Statystyki meczowe i poszczególnych zawodników. Kamery - z naciskiem na liczbę mnogą.

Czepiam się?

Może i się czepiam, ale wychodzę z założenia, że jeśli żąda się od widzów pieniędzy, należy zaoferować im produkt, który jest kompletny i będzie tych pieniędzy wart - a nie ćwierćprodukt. Jeśli natomiast oferuje się widzom produkt minimum, to i minimalnymi zyskami powinno się zadowolić. W tym wypadku powinny to być, moim zdaniem, po prostu wpływy z reklam. Jak je sobie klub i portal udostępniający transmisję podzielą - to już broszka klubu i portalu.

By czepiania się dopełnić, proponuję rzut oka na cennik Ipla.tv, transmitującej mecze eliminacji Euro 2016. Za 15 złotych (dokładniej 14,90) możemy wykupić dostęp np. do transmisji wszystkich spotkań, jakie rozegrane zostaną w ramach 9. kolejki. Co oznacza również mecz reprezentacji Polski ze Szkocją. Jest różnica, prawda?

Tyle, jeśli chodzi o jakość transmisji i jej cenę. Ale jest też aspekt szerszy. Polskiemu hokejowi brakuje pieniędzy i promocji, a i sportowo trochę jeszcze od NHL odstajemy. Dlatego trzeba robić wszystko, by nie odstraszać tych kibiców, którzy już są, i pozyskiwać nowych. Tam, gdzie są kibice, są bowiem sponsorzy i reklamodawcy. A tam, gdzie oni i ich pieniądze, można myśleć o rozwoju dyscypliny i podnoszeniu jej poziomu.

A także o płatnych transmisjach.

W tej kolejności powinno się to, moim zdaniem, odbywać. Nie na odwrót.

W obecnej sytuacji polskiego hokeja drenowanie kieszeni kibiców pod przykrywką ładnie brzmiącego hasła o wspieraniu klubu uważam za nadużycie wobec nich i za zbrodnię na zdrowym rozsądku.