Nabici? A kto? My - Naród. W co? W butelkę, z której wyskoczył softwarowy dżin, szemrana firemka z Łodzi. Przez kogo? Przez rzeczywistą władzę w pseudo-państwie zwanym III RP, czuwającą nad tym, żeby "spokój panował w Warszawie", żeby nikt nie próbował tutaj dokonać jakichkolwiek zmian, niekorzystnych dla prawdziwych właścicieli naszej biednej, deprawowanej Ojczyzny. A kto stanowi ten realny układ rządzenia, decydujący niemal o wszystkim, co się dzieje nad Wisłą ? Różni "macherzy z zaplecza", dowodzący watahami "cichociemnych", bo to bezpieka stanowi zbrojne ramię tego PRL-u bis. My - Naród, pardon, my - gawiedź, widzowie medialnego spektaklu możemy sobie najwyżej pooglądać i posłuchać pustych celebrytów, wydrążonych ludzi, odgrywających na politycznej scenie role: prezydenta, ministrów, parlamentarzystów rządzącej koalicji, oraz wielu t.zw. samorządowców. To przaśne widowisko dla ubogich duchem, które z niewielkimi przerwami, antraktami na próby autentycznego rządzenia na miarę polskich aspiracji, obserwuję już od ćwierćwiecza, niewiele się różni od nie-rzeczywistości nie-Rzeczypospolitej Ludowej, sowieckiego dominium. Jestem mężczyzną w średnim wieku, więc "komunę" pamiętam z autopsji. Proszę mi zatem nie zarzucać, że nie mam skali porównawczej.                           

Analogie powinny narzucać się same, nawet - mówiąc bardzo oględnie - najmniej spostrzegawczym poddanym tego reżimu. To, że się nie narzucają, może być efektem jakichś ich osobistych defektów, a tutaj moja rola się kończy. Inną sprawą byłaby jednak moja własna wada, jakiś brak, który powoduje, że zarysowane przeze mnie wielokrotnie podobieństwo pomiędzy rzekomo minioną Polską Rzeczpospolitą Ludową a obecną III Rzeczpospolitą nie wydaje się ciągle aż tak uderzające. Tego już bym sobie prywatnie nie darował, dlatego ponownie publicznie zabieram głos, żeby taki ewentualny brak próbować naprawić. Ergo, ciągłość obu quasi-państw gwarantuje identyczna rola t.zw. wyborów. Na poprzednim etapie komuny w Polsce były one elementem demokracji "socjalistycznej" inaczej zwanej "ludową", po to, aby odróżniała się od wrażej "demokracji burżuazyjnej", czyli po prostu tej autentycznej. Obecnie mamy do czynienia z "demokracją obywatelsko-ludową", gwarantującą wybór przedstawicieli realnej władzy z grona dwóch partii - "obywatelskiej" (PO) i "ludowej"(PSL). Poprzedni system zdominowany był przez komunistycznego potwora zwanego dla niepoznaki Polską Zjednoczoną Partią Robotniczą, która nie była ani partią , ani polską, ani zjednoczoną, ani robotniczą. Były jeszcze jej satelity: SD i ZSL.  

Sarkazm w moim felietonie nie bierze się znikąd. Wiarygodne wyniki sondaży Ipsos wskazywały początkowo na zdecydowane zwycięstwo w sejmikach wojewódzkich ugrupowania Jarosława Kaczyńskiego. Minęły ledwie dwa dni, a na czoło z trzeciego miejsca wysforowało się nagle agresywne stronnictwo wiejskiej nomenklatury pod wodzą Janusza Piechocińskiego. Dowcipni internauci od razu zareagowali na tę wyborczą "tendencję" mapką, na której kolor zielony, barwa ludowców, anektuje stopniowo kolejne obszary, począwszy od województwa świętokrzyskiego, po coraz większe areały kraju, aż po spory obszar Europy. Jeśli mam kontynuować porównania z PRL-em, to chciałbym przypomnieć, że obecny PSL nie ma nic wspólnego z prawdziwym Polskim Stronnictwem Ludowym. Ludzie Pawlaka i spółki wywodzą się bowiem z komunistycznego Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego, które powstało na trupie autentycznej partii ludowej pod wodzą Stanisława Mikołajczyka, uśmierconej w latach 40. Swoją drogą to Prawo i Sprawiedliwość odgrywa dziś podobną rolę, jak ruch mikołajczykowski w okresie stalinizmu, bo odwołuje się także do autentycznego wiejskiego elektoratu i jest tak samo zwalczane przez zamordystyczny reżim. Nie zapominajmy, że dzisiejsi PSL-owcy to też komuniści rodem z PRL!                       

Zjednoczone Stronnictwo Ludowe zmieniło tylko szyld i nadal jest jak arbuz: z wierzchu zielone, a w środku czerwone. Nigdy nie mogłem zrozumieć, dlaczego inaczej traktuje się aparatczyków w stylu Aleksandra Kwaśniewskiego czy Leszka Millera, co do których nikt nigdy nie miał wątpliwości, że wywodzą się z PRL-owskiej nomenklatury, a inaczej "ludowców" takich jak np. Stanisław Żelichowski  od 1970 roku  należący do Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego i w komunie będący "posłem" w t.zw. sejmie w latach 1985-1989. Przecież to absolutny partyjny beton, brylujący wciąż w mediach w charakterze "leśnego dziadka", besserwissera, ględzącego na każdy temat, rzucającego żenujące żarciki. Jednak wizerunek nieco przaśnych chłopków-roztropków ma się nijak do prawdziwej, bardzo groźnej roli odkrywanej przez PSL w życiu politycznym, a zwłaszcza gospodarczym III RP. To ONI jak szarańcza obsiedli spółki i spółeczki, ale to jeszcze nic, bo to ONI są też łącznikiem z imperialną Rosją, putinowskim elementem w politycznej układance w III RP. Jeśli myślicie, że to przypadkowo właśnie Waldemar Pawlak "wynegocjował" z Gazpromem fatalne porozumienie w 2010 roku, to jesteście w błędzie. Tacy Niemcy też kupują surowiec od Rosji, ale wydają na niego o wiele mniej! My mamy gest.              

Akurat taka partyjka prawie zawsze musi znaleźć się w układzie władzy, w charakterze języczka u wagi. Zdobywają tyle głosów, ile potrzeba, żeby uchwycić najważniejsze przyczółki. Dziwnym trafem afery się ich nie imają, skandaliczne wypowiedzi nie szkodzą. Czyżby wywiad ichniejszego ministra rolnictwa Marka Sawickiego, wyzywającego polskich rolników od "frajerów", też spłynął po nich jak woda po kaczce? Ba, dostali jeszcze polityczną premię w postaci wyborczego zwycięstwa w wielu sejmikach wojewódzkich? Logiczny wniosek, jaki można wysnuć z takiego stanu rzeczy, sprowadzałby się do diagnozy, że głosujący na nich dzielą się na ich partyjnych funków wraz rodzinami i znajomkami dokooptowanymi do wybierania fruktów i "siana" ze żłobu władzy oraz masochistów- uwielbiających, jak ktoś ich poniewiera, gnębi, gnoi, gwałci, hańbi i jeździ jak na łysej kobyle. Są tacy perwersyjni wyborcy, na pewno, ale żeby była ich akurat większość? W to wątpię, bo mimo wszystko mam za duży szacunek do współczesnej nadwiślańskiej populacji. Dlatego też będę się, pozwólcie, upierał przy, tak skandalicznej dla wielu niedowiarków, wersji fałszerstwa wyborczego, mocnej hipotezy, bo opartej na precedensach. Sprawą zajął się bowiem nie tylko skromny bloger taki jak Bogdan Zalewski.                              

Bikrucyfiksacja - tak sobie żartobliwie nazwałem tajemniczy syndrom, epidemię która w zagadkowy sposób dotknęła wyborców w województwie mazowieckim przed czterema laty. Czym jest zatem ta "bikrucyfiksacja"? To nowe słowo utworzyłem z trzech obcych cząstek. "Bi" to "pierwszy człon wyrazów obcego pochodzenia wskazujący na występowanie czegoś dwukrotnie, podwójnie".  "Crux" to jest "krzyż" po łacinie, zaś  "fiksacja" (łac. "fixus" - umocowany, stały) jest jednym z mechanizmów obronnych znanych w psychologii a polegającym na kurczowym trzymaniu się jakichś czynności. "Bikrucyfiksacja", która dotknęła masowo głosujących w 2010 roku w wyborach samorządowych na Mazowszu polegała na masowym oddawaniu nieważnych głosów, poprzez stawianie na karcie dwóch krzyżyków. Nie trzech, nie czterech, nie kółeczek, nie wypełnień w kratkach, ale właśnie dwóch krzyżyków, taka sytuacja! Ludzie bywali komentowali wówczas, że dostawianie przez członka komisji, albo przez innego spryciarza krzyżyka do ważnego głosu to najprostszy sposób fałszowania wyborów. Profesor Przemysław Śleszyński opracował ciekawą mapę, na której obraz nieważnych głosów na Mazowszu mocno wyróżniał się na tle innych województw. Było to niby czerwona plama na honorze.

Do dymisji podał się szef Krajowego Biura Wyborczego Kazimierz Czaplicki. Została ona przyjęta przez przewodniczącego Państwowej Komisji Wyborczej Stefana Jaworskiego. czytaj więcej

Irracjonalna mania, ta zagadkowa chorobliwa przypadłość psychiczna, która rzekomo dopadła Mazowszan miała bardzo racjonalne konsekwencje polityczne. "Tam, gdzie liczba poprawnie oddanych głosów spadała do 80 proc., świetnie wypadali kandydaci PSL." - zauważyła to nawet "Gazeta Wyborcza", której jak wiadomo "nie jest wszystko jedno".  "Gmina Bielsk pod Płockiem. W 2010 r. otwierający w tym okręgu listę PSL marszałek Adam Struzik zgarnął 349 głosów - dwie trzecie wszystkich oddanych poprawnie. Pierwszy na liście PO Stefan Kotlewski, były wicemarszałek województwa, dostał ... jeden głos. Aż 174 były nieważne. Połowa dlatego, że na kartach był postawiony więcej niż jeden krzyżyk. Dobieszyn w powiecie białobrzeskim. W 2010 r. wybory do sejmiku wygrał tu PSL. Zdobył ponad 35 proc. głosów. PO - tylko 8,76 proc. Dwa razy więcej głosów niż liczba poprawnie oddanych na kandydatów Platformy było nieważnych, bo na kartach stał więcej niż jeden krzyżyk. (..) Mazowieccy wyborcy masowo mylą się tylko w wyborach do sejmiku." Ten stary epizod, argument za możliwością fałszowania wyników, nabrał ponownie aktualności po nagłym i niespodziewanym sukcesie Polskiego Stronnictwa Ludowego w wyborach parlamentarnych AD 2014.

Analizują tę kwestię politolodzy i socjolodzy i nie mogą wyjść ze zdumienia. W powiatach na Pomorzu  liczba nieważnych głosów waha się od 20 do 25 procent! A to drobny element w ogólnokrajowym obrazie chaosu. Krajobraz po wyborach można porównać do puzzli, porozrzucanych, wymieszanych i pochodzących z różnych kompletów. A nad tym wszystkim z miną bezradnego chłopca pochyla się głowa państwa. "Nie dajmy się zwariować. To się da wszystko policzyć." - grzmi prezydent Bronisław Komorowski. A ja się pytam, kto tu zwariował? Komorowski autorytatywnie stwierdza: "Nie ma zgody na kwestionowanie uczciwości wyborów przez lansowanie szkodliwej tezy o konieczności ich powtórzenia. To odmęty szaleństwa". A ja zadaję pytanie, kto tu szaleje? Myślę, że to ja zachowuję rozsądek wykazując niepewność o los moich głosów, które oddałem w wyborach. Czy nie zostały aby zlekceważone, ukradzione, zmanipulowane? Czy szef państwa da mi gwarancję, że moje podejrzenia są bezpodstawne? W takim razie na jakiej podstawie Państwowa Komisja Wyborcza podała dane z Kielc? Sondaż exit polls dawał w wyborach do sejmiku wygraną PiS-owi z ponad 3-punktową przewagą nad PSL, zaś PKW ogłosiła, że to ludowcy zdeklasował rywali, otrzymawszy ponad 40 procent głosów.

Ładne sprawki! - pomyślałem. Jednak to nie było jeszcze najlepsze, bo po kilku godzinach szef regionalnej komisji wyborczej ze zdziwieniem stwierdził, że nie wie, na jakiej podstawie PKW podaje te dane, bo Kielce nie przekazały do Warszawy żadnych protokołów sejmikowych! Frapującą hipotezę tej sytuacji podał dr Witold Sokała, politolog z Uniwersytetu im. Jana Kochanowskiego w Kielcach, w rozmowie z portalem wpolityce.pl: "Wtedy nie było jeszcze tak głośno o sprawie luk w systemie wyborczym. (...) Dziś, gdy znane są już wiadomości o systemie informatycznym, trudno nie wyciągnąć wniosku, że wyniki w Warszawie mogły zostać wrzucone na serwer, a panowie z PKW potraktowali je poważnie. To jest poszlaka, że ktoś mógł jednak ten chaos wykorzystywać." Politolog opisał jak można było dokonywać różnych manipulacji: nawet dodawać lub wykreślać kandydata. "Jeden z moich rozmówców dodał kandydata i wprowadził do drugiej tury wyborów!" - podkreślił dr Witold Sokała. Mimo to, prezydent chce liczyć głosy! "To się da policzyć!" - ta fraza Komorowskiego powinna przejść do historii quasi-państwa, za którego fikcyjność on sam odpowiada. Nikt w takim stopniu jak obecny rezydent Belwederu, wbrew różnym pijarowskim mitom, nie przyczynił się do obecnego stanu III RP.   

Oczy szeroko otwierają się teraz pewnie wielu Czytelnikom? Komorowski?! Ta "siła spokoju", druga taka w rankingu po jego mentorze, śp. Tadeuszu Mazowieckim? Komorowski? Ta "zgoda, co buduje"? Muszę zawieść jego zwolenników karmionych bajeczkami na temat tego polityka. Niewiele wiecie na jego temat, albo nie chcecie pamiętać. Są dwa zestawy pytań, na które nigdy nie odpowiedział on publicznie. Może przy najbliższej kampanii prezydenckiej Komorowski odpowie choć na niektóre z nich, pod warunkiem, że zada je na przykład jego prawdopodobny rywal Andrzej Duda, polityk Prawa i Sprawiedliwości. Europoseł niestety zawiódł mnie na razie swoim dzisiejszym, czwartkowym apelem przed spotkaniem głowy państwa z szefami Trybunału Konstytucyjnego, Naczelnego Sądu Administracyjnego i Sądu Najwyższego w związku z sytuacją panującą w Państwowej Komisji Wyborczej po niedzielnej samorządowej katastrofie. Rozumiem wprawdzie intencje Dudy, który wzywa do podjęcia inicjatywy przez prezydenta w celu odwołania członków PKW. Doceniam też kompetencję polityka PiS, który powołując się na konstytucję, udowodnił, że "to właśnie prezydent jest gwarantem ciągłości władzy państwowej, a każde wybory mają służyć właśnie ciągłości władzy."                  

Roztropne uwagi Andrzeja Dudy są jednak skierowane do abstrakcyjnego prezydenta RP, konstytucyjnego konstruktu, funkcji jako takiej. Natomiast ja jako publicysta wciąż myślę nie o wirtualnym, a o realnym prezydencie, z krwi i kości, tym, a nie innym polityku, mającym za sobą takie, a nie inne czyny i słowa. Dlatego zadaję kolejne pytanie zdziwionego Polaka: jak można traktować za gwaranta ciągłości władzy państwowej Bronisława Komorowskiego? To przecież człowiek, który deklarował w 2009 roku: "chciałbym skrócić zły okres prezydentury Lecha Kaczyńskiego". Wtórował mu wtedy jego polityczny kumpel Janusz Palikot, który w "proroczy" sposób zapowiadał wcześniejsze zastąpienie Kaczyńskiego przez  Komorowskiego - ówczesnego marszałka sejmu - na wypadek "śmierci prezydenta". Abstrahuję od niezwykłej "przenikliwości"- przewidywać nadzwyczajny rozwój wypadków w roku poprzedzającym tragedię smoleńską to trzeba być prawdziwym geniuszem, no ale można powiedzieć, co dwie głowy, to nie jedna: a jak wiadomo Palikot i Komorowski to niezwykły intelektualny tandem. Natomiast chodzi mi o zasady: obecny rezydent Belwederu nie ma, według mnie,  "zdolności honorowej" dbania o ciągłość państwa ze względu na swoją postawę w przeszłości.                    

Uzasadnię to w inny sposób, skoro wypowiedzi nie są wystarczającym powodem. Za Bronisławem Komorowskim ciągnie się inny wyborczy cień, związany z wcześniejszym z powodu Smoleńska wyścigiem do fotela prezydenckiego. Głośnym echem odbiła się wtedy sprawa wielkości kratek na karcie do głosowania. Dziwnym trafem ta przy nazwisku Komorowskiego była większa od tej obok Kaczyńskiego. Początkowe śledztwa blogerskie i interwencję szefowej poznańskiego PiS-u Małgorzaty Stryjskiej media wykpiwały. Do różnicy w wielkości kwadratów przyznała się jednak Państwowa Komisja Wyborcza:  "W drukarni wykonano skład karty w programie Indesign. (...) Kratki te nie były obiektami graficznymi, a specjalnymi znakami tekstowymi, wymagającymi osobnego ustawienia stopnia pisma innego niż poprzedzający kratkę numer porządkowy i następujące za nią nazwisko kandydata (oba te elementy złożono pismem 16 pkt). Dla każdego znaku, który ma mieć inny stopień pisma niż znaki sąsiadujące, ustala się indywidualnie, ręcznie odpowiedni stopień pisma. Na tym etapie, przy ręcznym wpisywaniu stopnia pisma, powstała różnica w wielkości kratek - pierwsza kratka otrzymała stopień 26 pkt, a druga 28 pkt. Powyższa różnica nie została wówczas dostrzeżona."             

Śmieszne? Dla mnie straszne, tym bardziej, że wyszło też szydło z worka, co to była za  drukarnia. Druk takich kart był sprawką Centrum Obsługi Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. A kto był wtedy szefem rządu? Na pewno pamiętacie, mimo że ten pan salwował się ucieczką na synekurę do Brukseli, przestając hamletyzować po aferze podsłuchowej. Nie pamiętacie już tego polskiego męża stanu? Bingo! Prezesem Rady Ministrów, którego kancelaria była odpowiedzialna za druk kart do głosowania z kratką obok nazwiska Komorowskiego większą od kwadracika przy nazwisku Jarosława Kaczyńskiego, był Donald Tusk! Ale przecież to tylko szczególik, maleńki  przyczynek z przeszłości do wielkiego obrazu "wyborów" w quasi-państwie zwanym III RP, umiejscowionym w samym środku Europy. Notabene, gdzie są reakcje w Brukseli na "ruski" bardach wyborczy w jednym unijnych państw? Skąd się bierze milczenie Berlina? Gdzie wyrazy moralnego oburzenia ze strony prawdziwych zachodnich Europejczyków? Dlaczego nikt nie potępia władz, które kpią w żywe oczy ze swoich wyborców? Jaki jest powód nabrania wody w usta przez liberalnych piewców swobód obywatelskich? Powód jest bardzo prosty: właściwi ludzie wciąż są u władzy w Warszawie. Nie rządzą tu żadne PiS-y!