Uczestnicy polskiej wyprawy na ośmiotysięcznik Lhotse (8516 m), którzy tydzień temu dotarli do bazy na lodowcu Khumbu na wysokości 5300 m, mają problemy z poręczowaniem niebezpiecznej drogi do obozu pierwszego. Bardzo trudny do przejścia, usiany szczelinami lodowiec, zwany Icefall pomagajć pokonać Polakom tylko czterej Szerpowie.

Ice Fall to duża kaskada lodu - pierwszy odcinek drogi, na końcu której znajduje się obóz I. Powinien być zaporęczowany linami przez EPCC (Everest Pollution Control Committee). Od paru lat ze względów ekologicznych i bezpieczeństwa tylko park everestowski ma prawo to wykonywać. Dopiero powyżej obozu drugiego (6500 m) poręczowanie spada całkowicie na barki alpinistów.

Początkowo napotykaliśmy jedynie stare liny, wytopione śruby, połamane szable. Generalnie szlak nie jest gotowy do przejścia. Liny skończyły się na wysokości około 5800 m. Tak zwani Ice Fall Doctors to zaledwie czterech Szerpów i koordynacja ich pracy pozostawia wiele do życzenia. Daliśmy swoje liny i wyraziliśmy chęć zaangażowania się w poręczowanie - przekazał kierownik wyprawy Artur Hajzer.

Jak zaznaczył inicjator i animator projektu "Polski Himalaizm Zimowy 2010-2015", chodzenie po poręczówkach założonych przez Szerpów to nie jest to, o czym kadra Polskiego Związku Alpinizmu marzy najbardziej. Wolelibyśmy inaczej, ale się nie da. Posłużę się takim porównaniem - wchodząc w poręczowanie pracownikom parku everestowskiego, zachowalibyśmy się tak samo, jak gdyby taternicy chcieli poprawiać naszemu TPN-owi zabezpieczenia Orlej Perci - dodał Hajzer.

Przez żołądek do serca Szerpów

Polska wyprawa na Lhotse zmierza już do bazy

Siedmioro polskich alpinistów biorących udział w wyprawie na czwarty szczyt Ziemi - Lhotse (8516 m), zmierza wraz z karawaną do bazy położonej na wysokości 5300 metrów. Wcześniej Polacy z powodu intensywnych opadów monsunowych na kilka dni utknęli w Kathmandu czekają na samolot do Lukli. czytaj więcej

Zdobywca sześciu ośmiotysięczników przyznał, że dzięki zastosowaniu formuły "przez żołądek do serca" współpraca z Szerpami poprawiła się. Niechętni nam do tej pory Ice Fall Doctors, którzy wręcz nie życzyli sobie byśmy szli za nimi, dali się przez nas nakarmić i napoić. Atmosfera zmieniła się na przyjaźniejszą. Po lunchu prace ruszyły dalej. Osiągnęliśmy jednak tylko wysokość 6000 m, a dalszą drogę zagrodziła 10-metrowa szczelina. Było już po południu i ostatni moment na wycofanie się wszystkich uczestników do bazy, tak by dojść do niej przed zmrokiem - przekazał Hajzer.

Już w godzinach południowych nie jest wskazane schodzenie "żyjącym" Ice Fallem ze względu na zagrożenie lawin i seraków. Bardzo często spadają ogromne bryły lodu, wielkości wielopiętrowych bloków. Na poziomie 6000 m n.p.m. na nocleg zdecydowali się Mateusz Zabłocki i Mateusz Grobel, by osiągnąć lepszy efekt aklimatyzacyjny. Reszta dała wiarę dewizie "Idź wysoko i śpij nisko".

Tylko czterech Szerpów do "obsługi" Ice Fall'u

W piątek obaj Mateusze byli już w bazie. Tego dnia Szerpowie nie wyszli do góry na poręczowanie, są zbyt zmęczeni i my to rozumiemy, ale nie wiemy natomiast dlaczego ich jest tylko czterech? EPCC zainkasowało za "przechodność" Ice Fall'u podobno 25 tys. dolarów, a on nie jest do przejścia. Jednocześnie zabrania się wyprawom poręczowania własnymi siłami. Coś tu jest nie tak... - dziwił się Hajzer.

W siódmej ekspedycji w ramach programu sportowego "Polski Himalaizm Zimowy 2010-2015" pod patronatem prezydenta Bronisława Komorowskiego, uczestniczą jeszcze: Agnieszka Bielecka, Andrzej Bargiel, Artur Małek i Krzysztof Starek.

Celem wyprawy na Lhotse jest m.in. sprawdzenie organizmów młodych, utalentowanych alpinistów na dużej wysokości oraz nabranie przez nich niezbędnego doświadczenia wysokogórskiego zanim zaatakują niezdobyte jeszcze zimą ośmiotysięczniki.