Kamil Stoch wraca z niemieckiego Oberstdorfu z dwoma medalami mistrzostw świata w lotach – swoimi pierwszymi w kolekcji. Indywidualnie wywalczył srebro, z drużyną brąz. „Elegancki weekend, ale czuję duże zmęczenie” – przyznał.

Trener Polaków Stefan Horngacher Kamil Stoch / Grzegorz Momot /PAP

W niedzielę miałem najgorszy dzień ze wszystkich. Ale miałem prawo być już trochę zmęczony i czerpałem z rezerw energetycznych - opowiadał Stoch.  Na szczęście trener zbudował tak mocną drużynę, że ja nie musiałem robić nic nadzwyczajnego, tylko skoczyć na tyle, na ile byłem w stanie, a i tak się udało - dodał.

Polacy niemal do samego końca walczyli z Niemcami o brązowy medal. Na półmetku rywalizacji znajdowali się na czwartej pozycji. Ustępowali Norwegom, Słoweńcom i właśnie Niemcom.

Nie patrzyłem na wyniki, chociaż będąc na górze musiałem. Jako że jechałem ostatni, więc musiałem wiedzieć, który pojadę w ostatniej kolejce, przecież dobrze się nie spóźnić na start. Ale starałem się oddalać od siebie myśli, ile mam skoczyć, ile inni skoczyli. Tylko patrzyłem, po kim mam jechać - przyznał Stoch. Zapewnił, że nie czuł nerwów przed ostatnim skokiem. Nie było nerwów, tylko chciałem po prostu skoczyć najlepiej jak potrafię, ale podświadomie wiedziałem, że muszę przyjąć to, co jest i jak jest - tłumaczył. 


Stoch nie chciał oceniać, które krążki - indywidualne czy drużynowe - dają mu więcej radości.

Każdy medal to nagroda za pracę, wysiłek, wyrzeczenia, ale ten w drużynie to zasługa czterech zawodników. Każdy o to walczy i każdy ma swój w tym wkład - zauważył. Ale to nie jest sukces tylko naszej czwórki, ale całego sztabu szkoleniowego i wszystkich tych, którzy chociaż w najmniejszym stopniu dołożyli się do tego - podkreślił.

(mn)