​Hiszpańskie media informują, że imam z Ripoll, którego dom był przeszukiwany przez policję, mógł być szefem "marokańskiej grupy", która przeprowadziła ataki terrorystyczne w Barcelonie i Cambrils. Na razie nie wiadomo, co się z mężczyzną stało.

Ulice Barcelony wciąż są patrolowane przez uzbrojonych policjantów. /J. J. GUILLEN /PAP/EPA

Służby podejrzewają, że Abdelbaki Es Satty mógł zginąć w wybuchu gazu w budynku w Alcanar. Śmierć poniosły tam dwie osoby. Policja weszła dzisiaj do domu imama, by pobrać jego próbki DNA i porównać je z tymi znaleziony w Alcanar.

Imam pod koniec czerwca oświadczył, że wyjeżdża do Maroka na wakacje, ale tam nie dotarł. Według źródeł bliskich śledztwu, imam pojechał właśnie do Alcanar, gdzie wraz z grupą rozpoczął przygotowania do ataku terrorystycznego.

Terroryści chcieli prawdopodobnie dokonać zamachów przy użyciu butli z gazem. W eksplozjach mogłoby zginąć znacznie więcej ludzi. Przypadkowy wybuch i śmierć przywódcy grupy doprowadziła do zmiany planów dżihadystów.

Jak informuje "La Vanguardia", Satty na wiosnę wyjechał do "kraju Europy Środkowej", gdzie najprawdopodobniej spotkał się z radykalnymi islamistami i był szkolony w przeprowadzaniu ataków terrorystycznych. Według znajomych imama Satty w przeszłości często wyjeżdżał do Belgii.

Satty był znany hiszpańskim służbom. W przeszłości trafił do więzienia za przestępstwa związane z "ustawodawstwem imigracyjnym". W styczniu 2012 roku opuścił zakład karny.

Według służb tzw. "marokańska grupa" liczyła 12 osób. 11 z nich zostało zidentyfikowanych. Policja podejrzewa, że ostatnim członkiem jest właśnie imam Abdelbaki Es Satty. Grupa przeprowadziła dwa ataki (w Barcelonie i Cambrils), w których zginęło 14 osób, a ponad 130 zostało rannych. Wciąż poszukiwany jest 22-letni Younes Abouyaaqoub, który prawdopodobnie był kierowcą furgonetki, która wjechała w tłum na Las Ramplas w Barcelonie. 

(az)