Finansowa wojenka w rządzie Donalda Tuska. Resort finansów zaprzecza, jakoby obcięcie wydatków na Ministerstwo Obrony Narodowej było złamaniem ustawy o przebudowie i modernizacji sił zbrojnych. Innego zdania są eksperci. Oszczędności nie przypadły do gustu również resortowi obrony.

Znalezienie 17 miliardów złotych oszczędności przez resorty graniczy z cudem - ocenia ekonomista Marek Zuber. Do jutra potrwa wielka budżetowa spowiedź ministrów u szefa rządu. Mają przedstawić Donaldowi Tuskowi plan cięć budżetowych w swoich resortach. czytaj więcej

Ustawa o modernizacji sił zbrojnych, uchwalona w 2001 roku, zakłada, że państwo będzie przeznaczało na obronność 1,95 procenta PKB, a wydatki majątkowe, a więc głównie zakupy sprzętu, sięgną 20 procent tej kwoty. Taki podział wydatków wynika z zaleceń NATO.

Zdaniem ekspertów, na obronę narodową nie wolno więc przeznaczać mniej niż 1,95 procenta PKB. Co więcej, szef resortu obrony musi te pieniądze wydać. W przeciwnym wypadku mógłby spotkać się z zarzutem, że nie wykonuje zadań, które jemu powierzył parlament i rząd - podkreśla profesor Hanna Kuzińska z Wyższej Szkoły Przedsiębiorczości i Zarządzania im. Leona Koźmińskiego:

Jak broni się resort finansów? Twierdzi mianowicie, że jego tarczą obronną są przepisy tej samej ustawy. Ustęp pierwszy dokumentu mówi wyraźnie o przeznaczeniu środków dla MON na poziomie planowania budżetu. W ustawie nie pojawia się zapis o konieczności wydania pieniędzy. Magdalena Kobos z resortu finansów dodaje, że zapis o obligatoryjności wydania 1,95 procenta PKB na obroność byłby niemożliwy z punktu widzenia finansowej odpowiedzialności państwa. Proszę sobie wyobrazić, jak dużo byłoby wtedy zarzutów o niegospodarność, gdyby bez względu na to, co się dzieje, była zapisana sztywna kwota - przekonuje:

Argumenty te podobno jednak do urzędników resortu Bogdana Klicha nie przemawiają.