Ratownicy spenetrowali dwa miejsca wskazane przez psa szkolonego do poszukiwania ludzi - jak dotąd nikogo nie znaleziono. Ponadto prawdopodobnie nie udało się precyzyjnie wywiercić otworu nad miejscem, w którym mogą znajdować się górnicy. Pompowanie wody z podziemnego rozlewiska w kopalni może potrwać jeszcze kilkanaście godzin, a użycie sprzętu Marynarki Wojennej jest na razie niemożliwe - to informacje, jakie docierają w czwartkowe popołudnie z kopalni Zofiówka w Jastrzębiu-Zdroju. Czwartek jest szóstym dniem poszukiwań górników zaginionych po sobotnim wstrząsie w kopalni.

Żołnierze przyłączają się do akcji ratowniczej w kopalni Zofiówka /Dominik Gajda /PAP

Trzy scenariusze działań

Sztab akcji ratowniczej zdecydował o równoległym prowadzeniu trzech działań: odpompowaniu wody z rozlewiska, podjęciu prób penetrowania go przez zastępy nurków oraz wykonaniu 100-metrowego odwiertu z innego miejsca do odcinka znajdującego się za rozlewiskiem.

Łącznie od soboty w akcję w Zofiówce jest zaangażowanych ponad tysiąc osób, w tym 650 uczestniczy w pracach pod ziemią. Dodatkowo w nocy ze środy na czwartek podziemne wyrobisko przeszukiwało dwóch ratowników Podhalańskiej Grupy GOPR oraz pies tropiący.

Pompowanie wody

We wschodniej części zniszczonego chodnika, na jednym z dwóch odcinków, których nie udało się spenetrować - napływająca po wstrząsie woda utworzyła sięgające stropu rozlewisko. Za nim powinni być poszukiwani górnicy - dochodzą stamtąd sygnały z nadajników w ich lampach.

W nocy ze środy na czwartek udało się zainstalować 4 pompy, które usuwają wodę. Może to potrwać jeszcze kilkanaście godzin - poinformował w czwartkowe popołudnie prezes Jastrzębskiej Spółki Węglowej, Daniel Ozon. Dodał, że pompowanie wydaje się najefektywniejszym sposobem na dotarcie do poszukiwanych górników.

Nurkowie i sprzęt Marynarki Wojennej

Nurkowie z KGHM, którzy od środy są w kopalni nadal pozostają w gotowości, na razie nie mogli zejść pod wodę. W obecnych warunkach nie jest też możliwe użycie sprzętu zaoferowanego przez Marynarkę Wojenną. Służy do penetracji wraków i zatopionych okrętów.

Odwiert

W środę ruszyło też wykonywanie stumetrowego odwiertu do miejsca, w którym przypuszczalnie są górnicy. Przez otwór można by opuścić kamerę i pożywienie. Potrzebny czas wiercenia szacowano na trzy zmiany pracy.

W czwartek okazało się, że prawdopodobnie nie udało się precyzyjnie wywiercić otworu nad miejscem, w którym mogą znajdować się górnicy.

Wiertło, które przechodzi przez różnego rodzaju górotwór napotykając raz na węgiel, raz na skały, prawdopodobnie mogło "zjechać" z tego planowanego kierunku. Podjęliśmy prace w celu wiercenia drugiego otworu - poinformował w czwartek prezes Jastrzębskiej Spółki Węglowej, Daniel Ozon.

W poszukiwaniach pomagał pies tropiący

W nocy ze środy na czwartek podziemne wyrobisko w kopalni Zofiówka przeszukiwało dwóch ratowników Podhalańskiej Grupy GOPR. Pomagał im pies tropiący o imieniu Koka. Oznaczył dwa miejsca, w których mogą znajdować się ludzie.

Nasi ratownicy z psem tropiącym pojechali do kopalni Zofiówka wczoraj późnym popołudniem i całą noc pracowali na dole, przeszukując metr po metrze miejsce tragedii. Pies zaznaczył dwa miejsca, w których potencjalnie mogą być zasypani ludzie. Koka to bardzo dobry pies tropiący, mieszanka border collie z owczarkiem niemieckim, który świetnie sobie poradził w zupełnie innych warunkach - powiedział Mariusz Zaród, naczelnik Podhalańskiej Grupy GOPR.

Ratownicy GOPR podczas akcji szli w towarzystwie ratowników górniczych i patrzyli ze zdumieniem na to, jak ten pies sobie radzi. Nie przeszkadzało mu, że jest w zupełnie innych warunkach. To nieco inne warunki, jak u nas w górach, gdzie psów używamy do tropienia w lasach lub pod śniegiem. Ratownicy są wykończeni po całonocnej akcji - relacjonował naczelnik Podhalańskiej Grupy GOPR.

W ubiegłym roku goprowcy podpisali umowę o współpracy z KGHM i już pierwsze wspólne ćwiczenia okazały się bardzo obiecujące. Kilka miesięcy temu ratownicy Podhalańskiej Grupy GOPR z psami tropiącymi szkolili się w warunkach kopalnianych i rezultaty okazały się bardzo dobre. Okazało się, że w sytuacjach kryzysowych możemy wesprzeć ratowników górniczych - dodał naczelnik grupy.

Nocne poszukiwania w Zofiówce były jednak pierwszymi w Polsce, w których pies tropiący brał udział w prawdziwej akcji ratowniczej w kopalni. Koka zakończyła już prace w Jastrzębiu-Zdroju i wraca do swojej bazy w Rabce-Zdroju - dowiedział się reporter RMF FM.

Ratownicy spenetrowali dwa miejsca wskazane przez psa szkolonego do poszukiwania ludzi. Jak dotąd nikogo nie znaleziono - przekazał w czwartek wczesnym popołudniem prezes JSW, Daniel Ozon.

Specjaliści wyjaśnią przyczyny katastrofy

Od środy pracuje komisja Wyższego Urzędu Górniczego, która zajmie się wypadkiem. Jej raport ma być gotowy w sierpniu. Specjaliści muszą wyjaśnić kilka wątków: od samego wstrząsu, przez - niespotykane dotąd - bardzo wysokie stężenie metanu, a na ocenie akcji ratowniczej kończąc. Specjaliści muszą też zdecydować, co dalej z wydobyciem w tym rejonie kopalni.

Prokuratura skupia się na razie na przeglądaniu dokumentów. Wszelkie przesłuchania osób z kierownictwa i dozoru kopalni w tej chwili wstrzymano, aby nie utrudniać akcji ratowniczej. Czas na ich przeprowadzenie będzie już po zakończeniu akcji.

Najsilniejszy wstrząs w historii kopalni

Sobotni wstrząs był najsilniejszym w historii kopalni Zofiówka. Gdy doszło do trzęsienia, pod ziemią pracowało 250 osób - z tego 11 w rejonie bezpośredniego zagrożenia. Czterech pracowników uciekło samodzielnie. Początkowo siedmiu zostało pod ziemią. Dwóch z nich nie żyje - ich ciała ratownicy wydobyli w niedzielę. Kolejnych dwóch udało się uratować. Wciąż poszukiwani są trzej pozostający pod ziemią górnicy.

W szpitalu (na oddziale chirurgii i ortopedii) jest trzech rannych górników. Jak dowiedział się reporter RMF FM - ich stan jest dobry. Jeden z rannych pracowników kopalni jest już w domu.

Górniczy eksperci nie mają wątpliwości, że trwająca nieprzerwanie od soboty akcja ratunkowa w kopalni Zofiówka należy do najtrudniejszych w polskim górnictwie w ostatnich dziesięcioleciach. Powodem jest przede wszystkim kumulacja różnych podziemnych zagrożeń.

W swojej 37-letniej pracy w górnictwie, w tym 21 lat w ratownictwie górniczym, uczestniczyłem i obserwowałem wiele akcji. Nie mam żadnych wątpliwości, że ta w kopalni Zofiówka należy do najtrudniejszych, z wielu powodów – powiedział w czwartek prezes Centralnej Stacji Ratownictwa Górniczego (CSRG) w Bytomiu dr inż. Piotr Buchwald.

Ratownicy z CSRG, wraz z tymi z kopalń, uczestniczą w akcji poszukiwania trzech zaginionych pod ziemią górników. Stacja dostarczyła też wykorzystywany w akcji sprzęt, m.in. kamerę endoskopową czy urządzenia do lokalizowania sygnałów radiowych z nadajników w górniczych lampach.

Jak mówił prezes Buchwald, o trudności akcji przesądza nie tylko wielka skala zniszczeń, jakie wstrząs uczynił w podziemnych wyrobiskach, ale także kumulacja różnych podziemnych zagrożeń, m.in. metanowego i temperaturowego. Ponadto pracę ratowników utrudniło zalewisko wodne.

Wstrząs spowodował wypiętrzenie spągu. Mówiąc obrazowo, spód chodnika został wyrzucony do góry, miażdżąc wszystko, co znajdowało się w tym chodniku: taśmociągi, maszyny, infrastrukturę. W tak zniszczonym wyrobisku pozostały prześwity miejscami jedynie na 40-60 cm; w takie szczeliny wchodzą ratownicy – wyjaśnił prezes CSRG.

Jak wcześniej informowali przedstawiciele Jastrzębskiej Spółki Węglowej, przed tąpnięciem chodnik 900 m pod ziemią, w którym znajdowali się poszukiwani obecnie górnicy, miał ponad 6 metrów szerokości i 4 metry wysokości. Aby posuwać się naprzód w zdeformowanym wyrobisku, ratownicy muszą wycinać metalowe fragmenty zmiażdżonego sprzętu i ręcznie przekopywać się przez rumosz skalny.

Po sobotnim wstrząsie, który – jak szacują służby górnicze – miał siłę co najmniej 3,4 stopnia w skali Richtera – w wyrobisku wydzieliła się duża ilość metanu – bezbarwnego, bezwonnego gazu, towarzyszącego złożom węgla. Momentami jego stężenie w atmosferze sięgało 50 proc., a czasem – co szczególnie niebezpieczne – przechodziło przez poziom 5-15 proc. nazywany trójkątem wybuchowości – właśnie w takim stężeniu metan może wybuchnąć. Z powodu tego zagrożenia w rejonie akcji nie można używać urządzeń elektrycznych, a jedynie pneumatyczne, zasilane sprężonym powietrzem.

Aby móc prowadzić akcję ratunkową, konieczne było napowietrzanie wyrobisk – w tym celu ratownicy zbudowali kilkaset metrów tzw. lutniociągów, czyli rurociągów doprowadzających powietrze, oraz instalowali dodatkowe wentylatory. Miało to także drugi cel – umożliwienie oddychania zaginionym górnikom. Ratownicy liczą, że mogą oni znajdować się w miejscu, gdzie już wcześniej przechodził rurociąg z powietrzem – w takich sytuacjach intuicja i doświadczenie podpowiadają uwięzionym górnikom rozszczelnienie rurociągu, by zapewnić sobie dopływ powietrza.

Ze względu na niezdatną do oddychania atmosferę, ratownicy – gdy mogli już wejść do wyrobisk po obniżeniu poziomu metanu - od początku pracują w aparatach tlenowych. Powietrza starcza w nich najwyżej na dwie godziny – czasem mniej, ponieważ oddech ratowników, w czasie dużego wysiłku, często jest przyspieszony. W czasie pracy aparatu ratownik musi dojść z podziemnej bazy do wskazanego rejonu, spenetrować wybrany odcinek, i zdążyć wrócić. Stąd pięcioosobowe zastępy muszą się często wymieniać – w ciągu doby w akcji jest ich nawet ponad 40.

Dodatkowym utrudnieniem jest panująca w wyrobiskach wysoka temperatura. Jak relacjonowali przedstawiciele JSW, już po jej obniżeniu, ratownicy – z pełnym, obciążającym wyposażeniem i aparatami - pracują w wyrobiskach o temperaturze przekraczającej 28 stopni Celsjusza.

Oprócz potężnych zniszczeń, wywołanych tąpnięciem, zagrożenia metanem i wysokiej temperatury, akcję utrudniła też woda. W trakcie penetracji zniszczonego wyrobiska ratownicy natrafili na zalewisko, w którym – jak oszacowano – znajdowało się ok. 300-400 m sześc. wody, wciąż w niewielkim stopniu napływającej. Po sprowadzeniu na dół odpowiednich pomp, rozpoczęło się odpompowywanie wody, by ratownicy mogli pójść dalej. Do akcji przygotowany jest też zastęp nurków z KGHM Polska Miedź, a specjalny robot do penetrowania np. zatopionych wraków zaoferowała Marynarka Wojenna.

W tym samym czasie, aby przebić się do wyrobiska znajdującego się za zalewiskiem, z chodnika położonego nad zagrożonym rejonem zaczęto wiercić ok. 100-metrowy otwór o niewielkiej, 9-centymetrowej średnicy, by można było wprowadzić tam kamerę i w ten sposób spenetrować ten rejon, a gdyby byli tam zaginieni górnicy – podać im wodę i pokarm. Gdy pierwszy otwór prawdopodobnie minął miejsce, w które celowano, rozpoczęto wiercenie drugiego.

Ponadto – po raz pierwszy w tego typu podziemnej akcji – śladu zaginionych górników szukał pies, szkolony do poszukiwania ludzi. Wskazał dwa tropy, jednak penetracja tych miejsc przez ratowników jak dotąd nie dała efektów.

W akcję od początku jej trwania zaangażowano ponad tysiąc osób. Jej uczestnicy - choć zawsze realnie oceniają sytuację - powtarzają, że ratownicy zawsze idą po żywych, z nadzieją na odnalezienie górników. „Nadzieja umiera ostatnia” – mówią, przypominając przykłady bohaterów, którzy przeżyli pod ziemią nawet tydzień.

Również prezes CSRG Piotr Buchwald wciąż ma nadzieję na pomyślny finał akcji w Zofiówce, podkreślając przy tym dumę i uznanie dla ratowników uczestniczących w akcji. Prezes wskazał ponadto na potrzebę ciągłych szkoleń ratowników górniczych oraz wyposażenia ich w najnowocześniejszy sprzęt - również  ten korzystający z zaawansowanych technologii.

W ciągu minionych 45 lat w katastrofach górniczych i większych wypadkach zbiorowych w polskich kopalniach węgla kamiennego zginęło grubo ponad 200 górników. 
(ak)