Rosja w ramach negocjacji trójstronnych zażądała od Ukrainy wycofania wojsk z obwodu donieckiego w ciągu dwóch miesięcy, grożąc, że w przeciwnym razie jej żądania ulegną zmianie. Taką informację przekazał prezydent Ukrainy, Wołodymyr Zełenski.
- Po więcej aktualnych informacji zapraszamy do RMF24.pl
Prezydent Zełenski ujawnił, że Rosja przekazała stronie amerykańskiej nowe terminy, według których w ciągu dwóch miesięcy zamierza przejąć wschodnią część Ukrainy, w tym Donbas. "Ukraina ma dwa miesiące na wycofanie się. Wtedy wojna się skończy. Jeśli Ukraina się nie wycofa, Rosja przejmie Donbas, a potem pójdzie dalej" - stwierdził Zełenski.
Prezydent przypomniał, że przejęcie przez Rosję Donbasu w tak krótkim czasie, będzie niewykonalne.
Dodał jednak, że niektórzy przedstawiciele administracji USA zgadzają się z rosyjską narracją. Zełenski otwarcie wyraził zdumienie tym faktem, podkreślając, że trudno mu zrozumieć, "jak można w to wierzyć".
Status Donbasu pozostaje kluczowym punktem w trójstronnych negocjacjach między Ukrainą, Rosją a USA. Przedstawiciele stron wielokrotnie dawali do zrozumienia, że osiągnęli kompromis w niemal wszystkich innych kwestiach.
Prezydent Wołodymyr Zełenski zapowiedział, że w środę 1 kwietnia odbędzie się rozmowa wideo ze stroną amerykańską. Zełenski dodał, że stronę ukraińską będzie reprezentował sekretarz Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony Rustem Umerow, a stronę amerykańską - specjalny wysłannik Trumpa Steve Witkoff i Jared Kushner.
Wiadomo już natomiast, że Kreml odrzucił propozycję Kijowa, by zawiesić działania zbrojne na czas świąt wielkanocnych. Rzecznik Władimira Putina Dmitrij Pieskow przekazał, że Ukraina i Zełenski muszą skoncentrować się na osiągnięciu "trwałego pokoju", a nie na rozwiązaniach krótkoterminowych.
Z powodu wojny USA i Izraela z Iranem oficjalne negocjacje zostały wstrzymane, ponieważ specjalni przedstawiciele prezydenta USA, Steve Witkoff i Jared Kushner, obecnie koncentrują się głównie na rozwiązaniu konfliktu na Bliskim Wschodzie. Mimo to, dwustronne kontakty Amerykanów z Ukraińcami i Rosjanami są nadal utrzymywane. W ostatnim czasie pojawiły się także informacje, że część sprzętu wojskowego, który kupowany jest przez europejskich partnerów Kijowa od USA, przekierowywana może być na Bliski Wschód. Chodzi głównie o pociski przeciwlotnicze, kluczowe do obrony ukraińskich miast i sektora energetycznego.
Wiele wskazuje na to, że Stany Zjednoczone nieoficjalnie wywierają silną presję na Ukraińców, by ci zgodzili się na trudne do przyjęcia warunki, które mogłyby potencjalnie powstrzymać (przynajmniej na jakiś czas) najbardziej krwawy konflikt w Europie po II wojnie światowej. Według Zełenskiego, Donald Trump jest gotów podpisać tzw. amerykańskie gwarancje bezpieczeństwa, dopiero wówczas, gdy Kijów zgodzi się na oddanie Donbasu Rosji. Sekretarz stanu USA Marco Rubio nazwał te doniesienia "kłamstwem" i stwierdził, że ostateczna odpowiedź w sprawie pokoju zawsze będzie należała do Ukrainy.
Obserwatorzy konfliktu przez długi czas obawiali się, że Moskwa gra na zmęczenie Amerykanów. Ciągłe przedłużanie negocjacji, dyktowanie zaporowych warunków przy równoczesnym kuszeniu przedstawicieli administracji Trumpa intratnymi kontraktami na wszelkiej maści biznesy (od wydobywczych w Arktyce po deweloperskie w Rosji), miało doprowadzić do sytuacji, którą być może obserwujemy obecnie.
USA uwikłały się w skomplikowaną wojnę na Bliskim Wschodzie, z której trudno będzie im się wycofać. Wydaje się, że Ameryka nie ma obecnie woli, by monitorować konflikt w Ukrainie. Rośnie również napięcie między Waszyngtonem i stolicami innych krajów należących do NATO. Donald Trump otwarcie krytykuje Wielką Brytanię, Francję czy Niemcy za brak zaangażowania w wojnę z Iranem, a dziś sekretarz obrony USA odmówił potwierdzenia zobowiązań Stanów Zjednoczonych do kolektywnej obrony w ramach Sojuszu. Wcześniej Trump przyznawał w rozmowie z kanclerzem Friedrichem Merzem, że jeśli Europa uważa, że konflikt na Bliskim Wschodzie nie jest w jej interesie, USA nie uznaje wojny w Ukrainie "za swoją wojnę".