Nie można było chyba wyobrazić sobie koszmarniejszego olimpijskiego konkursu skoków, i nie chodzi jedynie o to, co wydarzyło się w drugiej serii - o brak medalu. Całe zawody niestety przypominały parodię prawdziwej rywalizacji.

Andreas Wellinger /CHRISTIAN BRUNA /PAP/EPA

Nie zrozumcie mnie źle. Nie mam zamiaru podważać sukcesu Andreasa Wellingera, który w finałowej serii skoczył fantastycznie - wyrównał rekord skoczni i został mistrzem olimpijskim. Nie będę czepiał się Norwegów - Johann Andre Forfanga czy Roberta Johanssona. Mają podium, zasłużyli i kropka.

​Wioska medialna w Gangneung - dom tysięcy dziennikarzy

Gangneung to miasto, w którym w trakcie igrzysk rozgrywane są wszystkie lodowe konkurencje: hokej, curling, łyżwiarstwo szybkie czy figurowe. To także tu mieszka zdecydowana większość akredytowanych na igrzyska dziennikarzy. czytaj więcej

Trudno jednak nie mieć wątpliwości do całego konkursu - pamiętajmy - konkursu czterolecia. To nie były zwykle zawody Pucharu Świata, tylko impreza, do której skoczkowie i inni sportowcy szykowali się cztery lata. A jeśli weźmiemy to pod uwagę, to musimy określić cały konkurs mianem niewypału.

Nieprzemyślane decyzje dotyczące zmian belki startowej. To choćby casus Dawida Kubackiego. Skrócono rozbieg, wiatr na chwilę osłabł i Kubacki nie mógł zrobić nic. Wcześniej w wybornych warunkach teoretycznie słabsi skoczkowie mogli sobie polecieć grubo ponad 100 metrów, jak choćby Amerykanin Kevin Bickner. W pierwszej serii chyba trzy razy z belki startowej schodził Peter Prevc, a w finale aż pięciokrotnie Simon Ammann. W międzyczasie nie mieliśmy ani jednego przedskoczka. Szwajcar, co było widać na telebimach, był coraz bardziej zdenerwowany i z całą pewnością bardziej zmarznięty.

Doszło do tego, że Wellinger zdobywał medal i odnosił życiowy sukces przy pustoszejących trybunach, bo przedłużający się konkurs zniechęcił fanów. Wiele osób opuściło skocznię już po pierwszej serii - zapewne myśląc, że druga się nie odbędzie. Sam zauważyłem jak jeszcze w trakcie rywalizacji na trybunach pojawiły się panie zbierające śmieci. To wszystko nie miało wymiaru walki o olimpijski medal. Zawody skończyły się już po północy, co jednak jest kolejnym kuriozum. Skoczkowie w niechroniących przed zimnem kombinezonach zasługiwali chyba na więcej.

Treningi na dużej skoczni zaplanowano dopiero na środę. Można było pokusić się więc o zmiany w programie igrzysk, co dziś przecież trafiło się alpejczykom, którzy z powodu wiatru nie wystartowali. Chodziło m.in. o to, że przy tak silnym wietrze na górę nie mogła wwieźć ich gondola, a trudno by olimpijczycy z nartami na ramieniu szli w górę zjazdowego stoku.

Większość dziennikarzy, z którymi marzłem pod skocznią, była zgodna - bez względu na końcowy wynik - polski medal lub nie - cały konkurs miał w sobie coś ze sportowej parodii. Nie można jednak powiedzieć, że wyniki zostały znacząco wypaczone. Medaliści skakali daleko już na treningach.

Zastanawiać może tylko przelicznik za wiatr w finałowym skoku Stefana Huli. Odjęto mu ponad 18 punktów. Reszta naszych zawodników po skoku Huli była pewna, że da on medal. Podobnie twierdzili zresztą komentatorzy naszych stacji telewizyjnych. Adam Małysz potwierdzał, że chwilę wcześniej dostał informację, że wiatr słabnie. Być może Hula stał się ofiarą nieidealnego w końcu systemu przeliczników? Na pewno finałowym skokiem nie zasłużył na złoto, ale brak podium w tym przypadku trzeba uznać za niespodziankę.

Teraz trzeba zamienić te złe emocje na sportową złość. Na tych igrzyskach ciągle jest o co walczyć.