W 2009 roku młody Sylwester Bednarek zdobył brązowy medal lekkoatletycznych Mistrzostw Świata. Później jego karierę zatrzymały kontuzje. Teraz Bednarek wraca do wysokiej formy. W tym roku zdążył ustanowić już rekord życiowy i z optymizmem patrzy na Halowe Mistrzostwa Europy, które jutro rozpoczną się w Belgradzie.

Sylwester Bednarek /PAP/Tytus Żmijewski /PAP

Patryk Serwański, RMF FM: Po latach problemów zdrowotnych w końcu jak na dłoni znów widać pana talent. 2,33 m. na mityngu w Bańskiej Bystrzycy to jak na razie najlepszy wynik w tym roku na świecie.

Sylwester Bednarek: Odbudowa formy to był powolny, długi proces. Wszystko udało się dzięki trenerowi Michałowi Lićwince. Na razie wszystko idzie zgodnie z planem. Wygrałem kilka zawodów. 2,33 to już wynik ze światowej czołówki, ale w poprzednim sezonie najlepsi skakali wyżej. Trzeba się skupić i dalej pracować. Mam nadzieję, że wszystko dalej będzie szło po mojej myśli - 2,35 albo 2,36. Może będzie czas, żeby pokusić się o rekord Polski. Na razie jednak chcę powalczyć w Belgradzie.

Jako sportowiec dużo pan przeszedł - sukces, poważne problemy zdrowotne. Teraz pokazuje pan, że ta siła w panu ciągle tkwiła. Już chyba nie trzeba sobie stawiać celów tylko cieszyć się skakaniem.

Tak, cieszę się z tego, co mam. 6 lat się męczyłem. 4 operacje, urwane ścięgno Achillesa. Było bardzo ciężko. Teraz nic nie boli. Mogę walczyć o medale i czerpać przyjemność z tego co robię. Właściwie już jestem zadowolony z tego sezonu. Pobiłem rekord życiowy, a to też był istotny dla mnie cel. Osiągnąłem to bardzo szybko. W Belgradzie mogę się bawić, cieszyć. Choć oczywiście liczę na dobry wynik.

Przed halowymi Mistrzostwami Europy można jeszcze mówić o zabawie. Powtórzy pan to w sierpniu przed Mistrzostwami Świata w Londynie?

Tak. Myślę, że teraz będzie tylko zabawa. Kiedy jestem zdrowy, skaczę wysoko i powtarzalnie to czuję się zrelaksowany. Oczywiście, w finałach wielkich imprez jest stres, walka. Wtedy trzeba podejść inaczej do sprawy. Jednak trening, mityngi dają mi radość. Robimy to, co lubimy.

Z kim pan będzie walczył o medale w Belgradzie na halowych Mistrzostwach Europy? Najgroźniejsi faworyci?

Taki młody Białorusin Paweł Seliverstau wypalił jak ja kiedyś. Skoczył 2,32m. Ma dopiero 20 lat. Jest to drugi wynik w tabelach. Trzeba będzie się z nim zmierzyć, bo skacze ładnie, regularnie. Dalej jest Brytyjczyk Robbie Grabarz. Ma dobrą życiówkę. Ostatnio skoczył 2,28m., ale od jego trenera słyszałem, że przyplątał się jakiś uraz. Niezbędny był mały zabieg. Jednak on potrafi się przygotować. Jest też nasz Polak z Niemiec - Mateusz Przybyłko (2,28m.). Nie zapominam o  Cypryjczyku Konstantinie Baniotisie. To chyba tyle.

Skok wzwyż to konkurencja dla ludzi o mocnych nerwach. Analizujemy światowe tabele, ale czy to ma takie proste przełożenie na takie zawody? W Belgradzie to będzie miało znaczenie?

Różnie się to przekłada. Ja za dawnych lat właśnie na imprezach mistrzowskich robiłem życiówki. Później przez kontuzje ciężko było wywalczyć finał, ale na mnie takie konkursy działają mobilizująco. Niektórzy skaczą na mityngach po 2,40m. a na Igrzyskach wychodzi tylko 2,29 a i tak mają medal (Katarczyk Mutaz Essa Bashrim). Nie wszyscy więc radzą sobie ze stresem. Do tego dochodzą eliminacje. Mówimy właściwie o dwóch starach pod rząd. Najpierw trzeba walczyć o finał, poświęcić dużo energii. Traktowanie ich na pół gwizdka może mieć fatalne skutki. Nie każdy może z marszu, jednym skokiem zapewnić sobie finał. Trzeba podejść poważnie do sprawy. Na kolejny dzień jest się podmęczonym, a trzeba walczyć o medal. Wygra ten, kto mocniej trenował i ma większą wytrzymałość. Liczę, że moje doświadczenie w takiej sytuacji się przyda. 

(mn)