Śląsk Wrocław wygrał z Lechem Poznań 1:0. Osłabiony Lech nie miał zbyt wiele do powiedzenia i przegrał drugi pojedynek z rzędu i to przed własną publicznością. Tym samym stracił szansę na zajęcie miejsca w pierwszej czwórce na zakończenie fazy zasadniczej.

Piłkarz Lecha Poznań Tomasz Kędziora (2L) oraz Tom Hateley (L) i Ryota Morioka (P) ze Śląska Wrocław /pap/Jakub Kaczmarczyk /PAP


Bramki:
0:1 Ryota Morioka (10).

Żółta kartka - Lech Poznań: Dariusz Dudka, Łukasz Trałka. Śląsk Wrocław: Kamil Dankowski.

Sędzia: Tomasz Kwiatkowski (Warszawa). Widzów 17 697.

Lech Poznań: Jasmin Buric - Tomasz Kędziora, Maciej Wilusz, Marcin Kamiński, Vladimir Volkov (64. Tamas Kadar) - Gergo Lovrencsics, Łukasz Trałka, Maciej Gajos, Dariusz Dudka (63. Paulus Arajuuri), Darko Jevtic - Nicki Bille Nielsen.

Śląsk Wrocław: Mateusz Abramowicz - Mariusz Pawelec, Piotr Celeban, Lasza Dwali, Dudu Paraiba - Kamil Dankowski (58. Peter Grajciar), Tomasz Hołota, Ryota Morioka (90+1. Adam Kokoszka), Tom Hateley, Robert Pich (90+2. Krzysztof Ostrowski) - Bence Mervo.

Dwutygodniową przerwę w rozgrywkach lepiej wykorzystał Śląsk, ale trener Mariusz Rumak miał przez ten czas zdecydowanie większy komfort pracy niż opiekun "Kolejorza" Jan Urban. Niemal połowa piłkarzy poznańskiej drużyny powołana była na mecze swoich reprezentacji i kilku z nich do Poznania dotarło dopiero na czwartkowy trening.

Szkoleniowiec Lecha dodatkowo nie mógł skorzystać ze wszystkich zawodników (kontuzje, kartki), a na na ławce rezerwowych nie było żadnego ofensywnego gracza.

Wrocławianie pokazali w piątkowy wieczór większą determinację, choć dla nich drzwi do czołowej ósemki zamknęły się bezpowrotnie kilka tygodni temu. Nie bez znaczenia dla przebiegu meczu miał szybko zdobyty gol przez podopiecznych Mariusza Rumaka. Niepilnowany Ryoto Morioka trochę przypadkowo otrzymał piłkę w polu karnym i precyzyjnie przymierzył przy samym słupku. To pierwszy gol Japończyka w polskiej ekstraklasie.

Zaskoczeni poznaniacy nie potrafili odpowiedzieć rywalowi. W pierwszych 45 minutach bramkarz Śląska Mateusz Abramowicz tylko raz miał kłopoty po strzale Darko Jevtica. Odbił piłkę przed siebie, ale w ostatniej chwili zdążył ją złapać przed nadbiegającymi lechitami.

Śląsk widząc słabość mistrza Polski, nie zamierzał bronić skromnej zaliczki, ale podkręcił tempo po przerwie. Druga bramka dla gości wisiała w powietrzu, a golkiper Lecha Jasmin Buric dwoił się i troił kilkakrotnie ratując swój zespół. W 71 min Bośniak popisał się dwoma kapitalnymi interwencjami, najpierw obronił uderzenie Petera Grajciara, a po chwili jakimś cudem wybił piłkę z linii bramkowej po dobitce Bence Mervo.

Dopiero w ostatnich 10 minutach lechici poderwali się do ataku i niewiele brakowało by Nicki Bille Nielsen głową w ostatniej minucie doprowadził do remisu. Abramowicz końcami palców wybił piłkę na rzut rożny. Goście mieli jeszcze groźną kontrę, ale wprowadzony w doliczonym czasie gry Krzysztof Ostrowski wychodząc na czystą pozycję za daleko wypuścił sobie piłkę.

Największe brawa w tym spotkaniu otrzymał... były bramkarz Lecha Waldemar Piątek. Obecny trener reprezentacji bramkarzy U17 zmaga się z żółtaczką typu C, na którą zachorował 11 lat temu, gdy bronił barw poznańskiego zespołu. Pięć złotych z każdego biletu zostało przeznaczonych na jego leczenie. Pieniądze zbierano w trakcie meczu, licytowano m.in. koszulki reprezentantów Polski.

(mn)