"Od początku turnieju jestem pod wrażeniem gry Nowej Zelandii. To dla mnie faworyt finału" - mówi w rozmowie z RMF FM reprezentant Polski Cyprian Majcher i przyznaje, że nieco rozczarowała go forma, którą na turnieju pokazały europejskie drużyny.

Opera w Sydney w barwach drużyny /SAM MOOY /PAP/EPA

Patryk Serwański: Już od pewnego czasu wiemy, że europejskie drużyny w tym turnieju zawiodły. Dla kibiców na Starym Kontynencie finał Australia-Nowa Zelandia w Londynie to jednak pewne rozczarowanie.

Cyprian Majcher: To prawda. Południowa półkula zdominowała turniej. Europejska czołówka nie radziła sobie z rywalami z tej części świata. Widać różnicę w przygotowaniu motorycznym i siłowym. Polityka klubów i reprezentacji w Europie na pewno się zmieni po tym turnieju. Bo trzeba coś zmienić. Dużo było tych europejskich rozczarowań na tym turnieju. Finał będzie jednak bardzo interesujący.

To ósmy Puchar Świata, ale w wielkim finale dopiero po raz pierwszy spotkają się właśnie Australia i Nowa Zelandia. Także mamy coś nowego.

Mecze tych drużyn są często rozgrywane w Pucharze Czterech Narodów. Także ci rywale świetnie się znają. Do tego Nowa Zelandia broni tytułu wywalczonego w 2011 roku. Jest liderem światowego rankingu. Będzie to na pewno ciekawe widowisko także dlatego, że obie drużyny znają się jak łyse konie.

Cztery lata temu w finale wynik był bardzo niski. Teraz też każdy punkt może okazać się decydujący. Czy w takiej sytuacji i przy bardzo mocnej obronie z obu stron najważniejsze może okazać się skuteczne wykonywanie rzutów karnych?

Nie spodziewałbym się dużej liczby przyłożeń. Może ich w ogóle nie być. W obronie to będzie trudny do sforsowania mur z obu stron. W takim meczu nie stawia się na otwartą grę i ofensywę. Trzeba grać mocno w obronie. Nie można pozwolić sobie na żaden błąd, bo to może kosztować bardzo dużo.

Taki mecz o wielką stawkę może zainteresować nowego kibica, kogoś kto nie do końca zna i rozumie rugby? Będzie dużo walki, taktyki, a to nie zawsze potrafi wciągnąć mniej zorientowanych fanów.

Warto obejrzeć dwie najlepsze drużyny świata. To dobry moment na rozpoczęcie przygody z tym sportem. Koneserzy na pewno docenią kunszt spotkania. Mimo, że kibice wolą oglądać efektowne przyłożenia, otwartą grę i dużą liczbę punktów. Poziom spotkania, walka, determinacja - to wszystko wynagrodzi nam nawet niewielką liczbą punktów.

W barwach dwóch finalistów gra ktoś, kogo uznałby pan za wielką postać? Ktoś, kto wyróżnia się na tle reszty zawodników?

Myślę, że to Nowozelandczyk Richie McCaw. To legenda podziwiana przez całe środowisko. Bardzo wszechstronny gracz, od wielu lat wybierany jest najlepszym zawodnikiem świata. Podziwiam go, bo gram na tej samej pozycji w reprezentacji Polski. McCaw jest rwaczem - gra w trzeciej linii młyna. Imponuje siłą, podejściem do zawodników, charyzmą, która pomaga w krytycznych momentach. Jest prawdziwym liderem "All Blacks".

Kto jest zatem faworytem finału?

Od początku turnieju jestem pod wrażeniem Nowej Zelandii. I nie chodzi o to, że jest liderem światowego rankingu. Grają świetne, otwarte, bardzo agresywne rugby. Zawodnicy są świetnie wyszkoleni. Styl tej drużyn bardzo imponuje. Mimo, że w półfinale z RPA męczyli się w pierwszej połowie to już w drugiej części meczu pokazała jak potrafi wytrzymać presję spotkania. Wygrała minimalnie 20:18, ale myślę, że spokojnie może pokonać Australię. Dla mnie faworyt to Nowa Zelandia.

(abs)