Podwójne toalety, routery zwisające z sufitu jak upiorne pnącza, oberwane kinkiety, absurdalne infografiki, portrety Putina i zgniłobrązowa ciecz w kranach. Tak prezentują się nieuprzątnięte kąty na wielkim placu budowy, który za sprawą olimpijskiego znicza przemienił się w świątynię sportów zimowych. Zapewne w trakcie rozgrywania igrzysk jeszcze niejeden kawałek regipsu oderwie się od ściany i niejeden mieszkaniec Soczi zmuszony będzie radzić sobie bez podstawowych mediów, ale na Boga, udało się! I jak mówi w filmie "Igrzyska Putina" burmistrz miasta Anatolij Pachomow: "U nas jest teraz lepiej niż w Cannes!". Przynajmniej do 23 lutego - potem niech się dzieje, co chce...

Słynne toalety z Soczi bez osobnych kabin to niejedyny absurd napotkany przed zimowymi igrzyskami. Amerykańscy dziennikarze zjeżdżający do Rosji informują między innymi o spartańskich warunkach, w jakich przyjdzie im mieszkać: hotelach będących w trakcie budowy czy wyposażeniu w pokojach, które... czytaj więcej

A trudno uwierzyć, że nie będzie się działo. Ze wszystkich krajów zgłaszających w 2007 roku akces do organizacji zimowych igrzysk olimpijskich rosyjski kurort miał najgorszą bazę infrastrukturalną. Zero lodowisk, brak toru bobslejowego, skoczni, odpowiedniej sieci dróg, niewystarczająca przepustowość lotniska, spore odległości i najważniejsza, niedająca gwarancji śniegu, stacja narciarska - znajdująca się w prywatnych rękach. Uśmiech z twarzy przedstawicieli Salzburga i koreańskiego Pyeongchang starł jednak sam prezydent Federacji Rosyjskiej Władimir Putin, który nie tylko osobiście przyleciał do Gwatemali, gdzie MKOl miał ogłosić swoją ostateczną decyzję, ale przyleciał z gwarancjami 12 mld dolarów budżetu i kilkoma tonami lodu, którymi wyłożył pierwsze w kraju tymczasowe lodowisko. Po takim pokazie siły nikt nie miał wątpliwości, że i w subtropikalnym klimacie Soczi, przy odpowiednim nakładzie środków, uda się zdziałać cuda.

Sam koncept, by w kraju dość regularnie zakrywanym śnieżną czapą na organizację igrzysk wybrać jedyne miejsce, gdzie śniegu uświadczyć nie sposób, zainteresował rozmiłowanego w absurdach rosyjskiej rzeczywistości reżysera filmów dokumentalnych Aleksandra Gentelewa. Twórca, który wcześniej portretował m.in. środowisko rosyjskiej mafii i historie tamtejszych oligarchów, zadbał zawczasu o zagraniczne finansowanie i wymknął się mackom rodzimej cenzury. Rezultat jego pracy można było oglądać już w listopadzie podczas festiwalu filmów dokumentalnych IDFA w Amsterdamie, a niedawno również w polskiej telewizji. W wyniku sprzeciwu władz, surowo zabraniających realizatorom korzystania z oficjalnych materiałów promocyjnych i używania słowa "olimpijskie", film zatytułowano "Igrzyska Putina", co wywołało dość oczywiste skojarzenia z niezwykle popularną franczyzą "Igrzysk śmierci" (ang. Hunger games - literalnie: głodowe igrzyska - przyp. red.)  - serii opowiadającej o orkiestrowanych przez krwiożerczego prezydenta Snowa morderczych starciach reprezentantów państwowych dystryktów.

Putin rozjechał Soczi walcem

Prowadzona przez 7 lat dokumentacja ujawnia, jak siłą woli jednego człowieka, przy nakładzie środków przewyższającym zsumowane budżety wszystkich dotychczasowych igrzysk zimowych, na terenie Soczi powstaje prawdziwy kolos na glinianych nogach lub - by być bardziej precyzyjnym - na zgliszczach domów i zanurzonych w bagiennym terenie betonowych słupach. Na podstawie wypowiedzi prezesa austriackiej firmy Strabag, realizującej około 40 procent inwestycji bezpośrednio związanych z igrzyskami, wnioskować można, iż całkowita powierzchnia nowych obiektów przekracza 900 tysięcy metrów kwadratowych. Łatwo wyobrazić sobie, że zakup takiej połaci ziemi na terenie jedynego rosyjskiego kurortu, gdzie przez okrągły rok można liczyć na słońce, graniczyłby z niemożliwością. W Rosji, z honorem prezydenta rzuconym na szalę, nikt nie zamierzał jednak zawracać sobie głowy wykupem, dlatego Duma niezwłocznie przygotowała niemal 500-stronicową ustawę olimpijską, pozwalającą wywłaszczać mieszkańców terenów potrzebnych pod budowę obiektów. Z dnia na dzień, bez możliwości odwołania. W filmie Gentelewa mnożą się historie ludzi eksmitowanych wprost na ulicę lub do urągających wszelkim standardom, kilkumetrowych "mieszkań" zastępczych. Prawdziwe znaki zapytania pojawiają się jednak w przypadku równanych z ziemią osiedli oddalonych niemal 100 kilometrów od używanej w ramach igrzysk infrastruktury lub skonfiskowanych działek, które zamiast wracać do właścicieli po rezygnacji z ich zagospodarowania, wystawiane są na sprzedaż w ramach otwartych przetargów.

Administracja Putina rozjeżdża walcem każdego, kto śmie się jej przeciwstawić - od właściciela wspomnianej stacji narciarskiej, która siłą ustawy przeszła w ręce gminy, zaś sam zainteresowany przegrał sprawę w sądzie, gdyż "nie organizował szkoleń na wypadek wojny", po właściciela firmy budowlanej, który podążył śladem wielu rosyjskich przedsiębiorców do Londynu, kiedy łapówki zaczęły sięgać 50 procent wartości inwestycji.

"Nie śpią, bo trzymają szafę"

Wynik starć rosyjskiej władzy z ludnością dość łatwo przewidzieć. Decydując się na organizację igrzysk w Soczi, Putin porwał się jednak na projekt gigantycznej budowy w miejscu, które odpuścił sobie nawet Stalin. Ogromne różnice temperatur pomiędzy subtropikalnym wybrzeżem a wysokimi szczytami Krasnajej Polany sprawiają, że Soczi i zabudowania w Dolinie Imeretyńskiej dosłownie stoją na bagnach. Przekonali się o tym konstruktorzy skoczni, która od 2011 roku regularnie obsuwa się ze zbocza, zaś jej koszt z szacowanych 1,2 mld wzrósł do 8 mld, przekonali się również budowniczowie toru bobslejowego (z 2 mld zrobiło się 12) oraz autostrady łączącej lotnisko z Krasnają Polaną, która kosztując dokładnie 150 milionów dolarów za kilometr mogłaby równie dobrze być wyłożona kawiorem lub 5-milimetrową warstwą złota.

Niezależnie od tego, czy igrzyska olimpijskie w Soczi są punktem honoru i prywatną zabawką Putina, czy zakrojoną na szeroką skalę akcją gentryfikacji rejonu, nie sposób pozbyć się wrażenia, iż organizatorzy, cytując klasyka, "nie śpią, bo trzymają szafę". Strach pomyśleć, jaki rozlegnie się huk, kiedy oczy świata odwrócą się od regionu.

Stanisław Liguziński

Krytyk filmowy, doktorant w Instytucie Sztuk Audiowizualnych Uniwersytetu Jagiellońskiego. Publikuje m.in. na łamach portali Stopklatka.pl, Dwutygodnik.com, Interia.pl, w czasopismach Ekrany i Ha!art.