Nie było sugestii, by funkcjonariusze ABW nie zajmowali się niektórymi wątkami Amber Gold, m.in. sprawą Michała Tuska; uważam, że Marcin P. prowadził działalność samodzielnie, nie był słupem - zeznał b. zastępca dyrektora gdańskiej delegatury ABW Jarosław Dąbrowski przed komisją śledczą. Na 22 marca zapowiedziano konfrontację świadka z naczelnikiem i funkcjonariuszem operacyjnym ABW, który prowadził sprawę Amber Gold.

Jarosław Dąbrowski / Marcin Obara /PAP

Po raz pierwszy zapoznałem się z materiałami negatywnymi na temat spółki Amber Gold - z tego co pamiętam - po powrocie dyrektora (gdańskiej ABW - PAP) Adama Gruszki z jednej z narad w Warszawie - oświadczył świadek. Jak podał było to 2012 r., ale nie pamiętał, czy był to kwiecień, czy maj.

Świadek relacjonował, że Gruszka po powrocie z tej narady poinformował go, że w Warszawie zapadła decyzja, iż jest "materiał w delegaturze stołecznej, który będzie przekazany do dalszego prowadzenia w delegaturze ABW w Gdańsku". Jak mówił, wstępna informacja dotycząca materiału, który miał być przekazany przez centralę Agencji, dotyczył niewywiązywania się szefa Amber Gold Marcina P. z umów z klientami.

Szefowa komisji śledczej Małgorzata Wassermann (PiS) pytała świadka, czy to on zdecydował, by wobec Amber Gold nie prowadzić aktywnych działań operacyjnych w związku z informacjami, którymi delegatura dysponowała od sierpnia 2011 r. Na taki fakt zwracał uwagę podczas niedawnego przesłuchania jeden z przesłuchiwanych przed komisję funkcjonariuszy gdańskiej ABW.

Nie zabraniałem prowadzić żadnych działań aktywnych, operacyjnych - zapewniał Dąbrowski. Nie przypominam sobie sytuacji, żebym zabraniał wszczęcia sprawy operacyjnej, ponieważ, z tego co pamiętam, zgodnie z przepisami naczelnik sam wszczyna sprawę operacyjną - dodał.

Świadek zaznaczył jednocześnie, że mogła się pojawić sytuacja, w której Agencja nie podjęła działań, wiedząc, że działania operacyjne w tej sprawie prowadzi komenda wojewódzka policji, "z tego względu, że w jednym mieście dwie instytucje nie mogą prowadzić w stosunku do jednej osoby aktywnych działań operacyjnych".

Wassermann dopytywała więc, czy przyczyną niepodjęcia przez dziewięć miesięcy (od sierpnia 2011 r. do maja 2012 r.) aktywnych działań przez ABW była wiedza, że operacyjnie zajmuje się nią komenda wojewódzka. Trudno mi dzisiaj powiedzieć, bo naprawdę nie pamiętam tej sytuacji (...). Nie wykluczam, że mogło tak być - odpowiedział świadek.

Przewodnicząca komisji pytała Dąbrowskiego o zeznania przed komisją funkcjonariuszy ABW, którzy wskazywali, że to właśnie on razem z dyrektorem gdańskiej ABW ustalili, że Agencja nie będzie "aktywnie, operacyjnie" zajmować się sprawą Amber Gold.

Świadek zeznał, że nie pamięta tych okoliczności, ale "zapewne była jakaś dyskusja, przedstawiane były argumenty i została wypracowana decyzja". Wassermann dopytywała, czy któryś z podległych Dąbrowskiemu oficerów był wzywany do Warszawy, aby wyjaśnić, dlaczego przez dziewięć miesięcy (od sierpnia 2011 r. - do maja 2012 - PAP) gdańska ABW nie zajmowała się sprawą Amber Gold. Ja nie byłem o tym informowany - powiedział świadek.

Po tym fragmencie zeznań Wassermann wystąpiła z wnioskiem o przeprowadzenie konfrontacji pomiędzy Dąbrowskim oraz naczelnikiem i funkcjonariuszem operacyjnym ABW, który prowadził sprawę Amber Gold. Uzasadniła, że występują rozbieżności w zeznaniach świadków. Konfrontacja ma się odbyć w czwartek 22 marca.

Jarosław Krajewski (PiS) wskazał, że wcześniej zeznający przed komisją funkcjonariusze ABW zeznali, że dostali jasne wytyczne, żeby niektórymi wątkami sprawy Amber Gold nie zajmować się w ogóle. Krajewski wskazał, że to właśnie Dąbrowski miał przekazywać informacje o takich oczekiwaniach ze strony prokuratury. Jak mówił poseł PiS, jednym z takich wątków, miała być sprawa Michała Tuska.

Odnośnie Michała Tuska informacja o tej osobie została ujawniona w śledztwie, w trakcie podsłuchu procesowego. Procedura obowiązująca w Agencji jest taka, że cały materiał z podsłuchu procesowego jest w pierwszej kolejności przekazywany prokuratorowi - powiedział świadek.

Jak mówił, bez zapoznania się przez prokuratora z materiałem z podsłuchu ABW, nie wykonuje żadnych czynności.

Krajewski podał, że w materiałach sprawy operacyjnej "Eldorado" nie znajdują się jakiekolwiek wzmianki, by prowadzono czynności operacyjno-rozpoznawcze w celu ustalenia roli Michała Tuska ws. Amber Gold. Jak dodał, kilku funkcjonariuszy Agencji przesłuchiwanych wcześniej przez komisję zeznało, że wątkiem Michała Tuska mają się nie zajmować.

Wassermann zapytała świadka, czy - pod rygorem wszczęcia postępowania o utrudnianie śledztwa - wydał zakaz zajmowania się wątkami pobocznymi, w tym rolą Michała Tuska. Nie przypominam sobie, żebym rozmawiał, używając takich słów - odpowiedział świadek.

Nie było sugestii, żeby się nie zajmowali wątkami, była sugestia, żeby się nie zajmowali osobami lub tematami bez uzgodnienia z oficerem prowadzącym śledztwo - zeznał Dąbrowski. Dodał, że oficer prowadzący był w kontakcie z prokuraturą. Świadek podkreślił, że "podstawowym priorytetem dla ABW było zrealizowanie wszystkich czynności zleconych przez prokuraturę".

Odnosząc się do wątku podsłuchów, Dąbrowski przyznał, że ich założenie m.in. Marcinowi P. było jego inicjatywą, gdyż niepokoił go "brak postępów w śledztwie".

Szefowa komisji dopytywała więc, komu świadek przekazał informację o tym, że w podsłuchanych rozmowach wymieniani byli syn ówczesnego premiera Donalda Tuska, Michał oraz Jacek Cichocki.

Przekazałem przede wszystkim materiał do prokuratury - odpowiedział Dąbrowski. Jak dodał, poinformował też o tym szefa gdańskiej prokuratury okręgowej Dariusza Różyckiego. Nie pamiętał jednak, jakie były ustalenia Agencji z prokuraturą ws. tych materiałów. Nie pamiętał też, komu tę informację przekazał w centrali ABW.

Krajewski pytał ponadto, kiedy zakończyła się swoboda prowadzenia czynności przez funkcjonariuszy ABW ws. Amber Gold. Moim zdaniem, to jest moja ocena, z chwilą przeniesienia śledztwa do Łodzi. Było to dla nas bardzo duże zaskoczenie - podkreślił świadek.

Sytuacja odnośnie wykorzystywania pionów operacyjnych była na przestrzeni afery Amber Gold różna. Na początku śledztwa funkcjonariusze operacyjni, można powiedzieć, mieli pełną swobodę. Z chwilą przekazania, przejęcia śledztwa, które niestety zostało bardzo szybko przejęte przez prokuraturę łódzką, sytuacja wykorzystania służb operacyjnych była potwornie trudna - opisywał Dąbrowski.

I rzeczywiście ja wówczas przestrzegałem funkcjonariuszy, żeby nie doszło do takiej sytuacji, że prokuratorzy łódzcy przyjeżdżają do Gdańska, w pomieszczeniach delegatury przesłuchują osobiście pracowników spółki Amber Gold i innych związanych z Amber Gold świadków w Gdańsku (...), (a) my, nie wiedząc kto przyjdzie na przesłuchanie, możemy realizować szeroko zakrojone działania operacyjne - powiedział świadek.

Dlatego, jak mówił, wydał polecenie, żeby funkcjonariusze operacyjni każde swoje działania uzgadniali z oficerem śledczym - kierownikiem grupy oficerów prowadzących śledztwo, który był w kontakcie z prokuraturą.

Dopytywany, czy do momentu przeniesienia śledztwa do Łodzi, funkcjonariusze ABW mieli pełną swobodę, odparł: "W każdym razie większą".

Poseł PiS pytał, kiedy Dąbrowski wydał polecenie funkcjonariuszom ABW z delegatury gdańskiej, żeby "nie interesowali się innymi sprawami oprócz tych, które zostały zlecone przez prokuraturę, ponieważ mogą dostać zarzuty za utrudnianie śledztwa".

Takiego wyraźnego rozkazu nie było, natomiast rozmawialiśmy na ten temat i zapewne taka rozmowa z naczelnikiem wydziału operacyjnego była - zeznał Dąbrowski.

W trakcie przesłuchania Witold Zembaczyński (Nowoczesna) pytał z kolei świadka m.in. o kwestię zatrudniania przez Amber Gold osób z branży finansowej. To w końcu on sam wymyślił Amber Gold, czy ktoś mu to podsunął? Jaka jest pana wiedza na ten temat na dzień dzisiejszy? - pytał poseł Nowoczesnej. Na dzień dzisiejszy uważam, że Marcin P. prowadził działalność samodzielnie. Nie był żadnym słupem - odpowiedział świadek.

Zembaczyński dopytywał więc, skąd Marcin P. wziął pieniądze na rozruch Amber Gold. Dużo tego trzeba było, czy nie? - pytał. Robiliśmy symulacje finansowe i wychodziło nam, że nie trzeba wcale dużych pieniędzy (...) - odparł Dąbrowski.

Jak dodał, Agencja przeprowadziła też analizę 20 największych inwestorów Amber Gold z Trójmiasta, do których wysłano funkcjonariuszy. Jak zaznaczył, wszyscy ci inwestorzy zdążyli wypłacić swoje środki jeszcze przez upadkiem firmy. Ci najwięksi okazywali się rentierami, czyli nigdzie niepracującymi. Skąd posiadali pieniądze? Po prostu sprzedali grunty, co często się w Polsce, szczególnie w ostatnim czasie, dzieje, pod hipermarkety - tłumaczył.

W trakcie przesłuchania pojawił się też wątek SKOK-ów. Badaliśmy kwestię związaną ze środkami finansowymi, które potrzebował Marcin P. na rozpoczęcie działalności. Pojawiały się tam informacje, że może być taka sytuacja, że on lub osoby z jego rodziny korzystały z tej instytucji (SKOK-ów - PAP) - mówił.

Odpowiadając na kolejne pytania komisji, świadek przyznał, że nie pamięta, kiedy te pożyczki były zaciągane. Dodał też, że nie były to duże kwoty, niewystarczające, by "rozkręcić" Amber Gold.

Czy występuje choćby jedna informacja, pół notatki, cokolwiek, aby SKOK miał stać za aferą Amber Gold? - pytała Wassermann. Raczej nie było takiej informacji - odparł świadek.

Krzysztof Brejza (PO), odnosząc się do tych wypowiedzi, zwrócił uwagę, że w akcie oskarżenia widnieje informacja o tym, że środki na rozruch Amber Gold mogły pochodzić z pożyczek branych przez rodzinę P. w SKOK.

Brejza pytał również, skąd Marcin P. wziął pieniądze na początek działalności Amber Gold. Marcin P. mógł rozpocząć swoją działalność gospodarczą na bazie wcześniej ukrytych środków finansowych z poprzednio prowadzonej działalności przestępczej (...) oraz na bazie środków, które uzyskał w późniejszym okresie - odpowiedział świadek.

W innej części przesłuchania Dąbrowski wskazał, że Agencja nie stwierdziła, żeby Marcin P. "miał jakiekolwiek kontakty osobowe z jakimikolwiek istotnymi osobami publicznymi z Trójmiasta".

Zeznał również, że Urząd Kontroli Skarbowej nie włączył się w kontrolę Amber Gold, czym był bardzo zawiedziony, ponieważ UKS w Gdańsku jest "dość agresywnym" urzędem. Dyrektor delegatury (ABW) poinformował mnie, że po prostu powiadomili go, że nie będą uczestniczyć w tych czynnościach, co było bardzo dziwne, ponieważ zawsze uczestniczyli - powiedział świadek. Dopytywany, kto wstrzymał aktywność UKS-u w tej sprawie, odparł: "Z tego co mi wiadomo, tylko jedna osoba mogła to zrobić - pani dyrektor Urzędu Kontroli Skarbowej".

Amber Gold powstała na początku 2009 r. i miała inwestować w złoto i inne kruszce. Klientów kusiła wysokim oprocentowaniem inwestycji. W połowie 2011 r. spółka przejęła większościowe udziały w liniach lotniczych Jet Air, następnie w niemieckich OLT Germany, a pod koniec 2011 r. w liniach Yes Airways. Powstała wtedy marka OLT Express.

Linie OLT Express upadłość ogłosiły pod koniec lipca 2012 r. Z kolei Amber Gold ogłosiła likwidację 13 sierpnia 2012 r., a tysiącom swoich klientów nie wypłaciła powierzonych jej pieniędzy i odsetek od nich. Według ustaleń w latach 2009-2012 w ramach tzw. piramidy finansowej firma oszukała w sumie niemal 19 tys. swoich klientów, doprowadzając do niekorzystnego rozporządzenia mieniem w wysokości prawie 851 mln zł.

(mpw)