Pierwszy indywidualny cywilny pozew przeciwko Skarbowi Państwa w sprawie Amber Gold trafił do sądu w Gdańsku. Zwrotu zainwestowanych ponad 105 tysięcy złotych domaga się jedna z pokrzywdzonych. Jej adwokat chce przesłuchania w tej sprawie między innymi Jarosława Gowina, Andrzeja Seremeta czy Stanisława Kluzy.

Akta sprawy przed rozpoczęciem rozprawy ws. Amber Gold w Sądzie Okręgowym w Gdańsku /Adam Warżawa /PAP

Lista nazwisk, które padają w pozwie, jest wyjątkowo długa. Piotr Bartecki, pełnomocnik pozywającej Skarb Państwa kobiety, chce by sąd ocenił przede wszystkim pracę konkretnych, gdańskich prokuratorów. Chodzi o śledczych, którzy przez lata nie potrafili dostrzec przestępstwa w działalności spółki. W pozwie padają nazwiska szeregowych prokuratorów prokuratur rejonowych oraz ich przełożonych. Do tego śledczych z wyższych szczebli prokuratury, którzy sprawowali nadzór nad niższymi jednostkami - przez Prokuraturę Okręgową, dawną gdańską apelację aż do Prokuratury Generalnej, na której czele stał Andrzej Seremet. Jarosław Gowin miałby być przesłuchany jako były minister sprawiedliwości. Stanisław Kluza jako szef Komisji Nadzoru Finansowego, jedynej polskiej instytucji, która od początku miała uwagi do działalności Amber Gold i która jako pierwsza zawiadamiała prokuraturę o możliwości popełniania przestępstwa. Zawiadamiała - przypomnijmy - bezskutecznie.

Wcześniej sądy nie chciały rozpatrywać zbiorowych pozwów klientów przeciwko Skarbowi Państwa. Ten "indywidualny" pozew może rzucić nowe światło na sprawę. W tej konkretnej sprawie tego typu pozew będzie bardziej skuteczny. Ponieważ możemy się skupić się na konkretnym, jednostkowym przypadku i na przesłankach, które będą decydowały o winie Skarbu Państwa i o tym, czy będzie, czy też nie będzie ponosił on odpowiedzialności za działania organów ścigania - tłumaczy Piotr Bartecki, prawnik reprezentujący kobietę pozywającą Skarb Państwa. Pełnomocnik wyjaśnia, że dopiero po formalnym zamknięciu listy wierzytelności, jego klientka zdecydowała się iść do sądu. Dopiero teraz bowiem już oficjalnie wiadomo, że poszkodowana - w tym konkretnym przypadku - nie może liczyć na zwrot swoich pieniędzy.

Kobieta wpłaciła do Amber Gold ponad 105 tysięcy złotych. Był 2012 rok. Umowę podpisała już po tym, gdy do prokuratury trafiło zawiadomienie od Komisji Nadzoru Finansowego i po tym, gdy prokuratorzy ciągle nie dopatrywali się przestępstwa w działalności spółki. Prokuratura miała znacznie wcześniej wiadomości o tym, jak spółka funkcjonuje. Zarzuty przedstawiono tylko w następstwie burzy medialnej wokół Amber Gold. Prawidłowo prowadzone postępowanie powinno doprowadzić do przedstawienia zarzutów twórcom spółki już w 2009 roku. Niestety, zrobione to 3 lata później. A w tym czasie wzrosła tylko liczba pokrzywdzonych, sam sposób prowadzenia działalności przez Amber Gold nie zmienił się - podkreśla mecenas Bartecki.

Proces karny w sprawie Amber Gold trwa od 21 marca 2016 roku. Ruszył po blisko 4 latach śledztwa. To wszczęte zostało 3 lata po pierwszym zawiadomieniu o tym, że Amber Gold może być przestępczą spółką. Oskarżeni o oszustwo na dużą skalę jej byli prezesi - Marcin i Katarzyna P. - nie przyznają się do winy. Sąd zakazał mediom publikowania treści wyjaśnień oskarżonych i zeznań świadków.

(mpw)