​12 stycznia uroczysta premiera w Łodzi, w piątek 13 stycznia "Powidoki" - ostatni film Andrzeja Wajdy - trafi do kin. To opowieść o tym, jak komunistyczna władza zniszczyła niepokornego człowieka. O wyborze Bogusława Lindy do głównej roli w wywiadzie dla RMF FM reżyser mówił - "Jeżeli istnieje jakiś moment "natchnienia" w pracy reżysera filmowego, to właśnie to jest ten moment". "To zawsze jest bardziej niepokojące niż mobilizujące, bo to jest następny egzamin, który trzeba zdać przed kimś, kogo się kocha czy ceni, a który zaufał" - ocenia w wywiadzie dla RMF FM Bogusław Linda. Głównym bohaterem "Powidoków" jest artysta malarz Władysław Strzemiński, wierny własnej wizji sztuki, który nie poddał się systemowi i w konsekwencji doświadczył dramatycznych skutków swoich wyborów. "To, co było w scenariuszu najbardziej wartościowe, to właśnie taka totalna beznadzieja i brak wiary, że cokolwiek się zmieni, cokolwiek się zdarzy. A jednocześnie świadomość greckiej tragedii, czyli że będzie jeszcze gorzej" - mówi nam Bogusław Linda.

Bogusław Linda na planie "Powidoków" / Grzegorz Michałowski /PAP

Posłuchaj rozmowy!

Katarzyna Sobiechowska-Szuchta: Miałam możliwość zobaczyć film "Powidoki" jeszcze przed festiwalem w Gdyni i pan Andrzej Wajda zgodził się na rozmowę o tym filmie. I kiedy zadałam mu pytanie, czy od razu wiedział, że to pan zagra Władysława Strzemińskiego, powiedział: powiem pani szczerze, że absolutnie tak. Jeżeli istnieje jakiś moment "natchnienia" w pracy reżysera filmowego, to właśnie to jest ten moment. Na ile ta świadomość była dla pana mobilizująca, a na ile niepokojąca?

Bogusław Linda: Wie pani, to zawsze jest bardziej niepokojące niż mobilizujące, bo to jest niejako następny egzamin, który trzeba zdać przed kimś, kogo się kocha czy ceni, a który zaufał. Łatwiej jest to robić z pozycji buntownika, łatwiej jest robić, kiedy nikt w to nie wierzy, bo wtedy każdy sukces jest już z mety przypisany. Jeżeli ktoś wierzy, że ja się sprawdzę, czy że ja dam radę, to tu się zaczynają już schody.

"Właśnie dlatego, że nie jest to jego świat, zrozumiałem, że on będzie poruszał się w tym świecie z o wiele większą świadomością. Początkowo patrzyłem na Bogusława Lindę na planie i zastanawiałem się czy on nie jest przypadkiem zbyt zgaszony, zbyt zredukowany w swojej ekspresji aktorskiej", ale potem Andrzej Wajda mówił mi, że właściwie dał panu wolną rękę. Czuł się pan tak, jakby pan dostał pewien prezent?

Poniżej przypominamy ostatni wywiad, jakiego Andrzej Wajda udzielił naszej dziennikarce Katarzynie Sobiechowskiej-Szuchcie. Było to niespełna miesiąc przed śmiercią wybitnego reżysera. czytaj więcej

Nie, czułem jeszcze większy stres i jeszcze większą odpowiedzialność. Wiedziałem, że on nie do końca wierzy w to, co robię. Może nie to, że nie wierzy. Ale z rozmów poprzedzających film wynikało, że on sobie trochę inaczej wyobraża głównego bohatera. Krótko rzecz ujmując, wyobraża go sobie bardziej jak bohatera, którego zagrałem u niego wcześniej, jako księdza Robaka, jako takiego walczącego z szablą w dłoni w pierwszym szeregu. To wydawało mi się, przy tym scenariuszu, nie do zrealizowania, ponieważ nie było psychologii, nie było czym to zrealizować. Wtedy byłoby to tylko dęcie w trąby. Tu jedyną rzeczą było skupić się na przegranej, na zamknięciu wewnętrznym człowieka, który już jest zgaszony, już wie, że przegrał, ale nadal walczy. Z tego się robiło tragedię.

Czy to było w tym scenariuszu najciekawsze?


To, co było w scenariuszu najbardziej wartościowe, to właśnie taka totalna beznadzieja i brak wiary, że cokolwiek się zmieni, cokolwiek się zdarzy. A jednocześnie świadomość greckiej tragedii, czyli że będzie jeszcze gorzej. I że to jest nieuniknione. Że mnie będzie gorzej, wszystkim będzie gorzej, że będzie gorzej. Dla głównego bohatera wyjście jest tylko jedno - walczyć, czy się poddać? Walczyć to już trudno powiedzieć, ale - zostać, czy uciekać? To jest też sprawa godnego umierania. Godnie umrzeć, czy starać się złagodzić tę śmierć?

Zrobiliście film o człowieku i o artyście, bo takie też, rozumiem, było zamierzenia pana Andrzeja, że przede wszystkim trzeba opowiedzieć o człowieku…

Bardziej niż o człowieku, to był film o artyście. Andrzejowi bardziej chodziło o to, żeby to był film o artyście. Gdyby to miał być film o człowieku, to wtedy myślę, że Andrzej, tak jak wcześniej próbował, "zaangażowałby Dostojewskiego" do napisania scenariusza. Tak jak sam mówił, że do napisania scenariusza o Kobro i Strzemińskim należałoby zaangażować Dostojewskiego, żeby to był dobry scenariusz, żeby tyle się tam działo. Taka to była tragedia i tyle tam było rzeczy. W tym przypadku natomiast trudno mówić o psychologii, o czymś, co się dzieje w środku tego człowieka. Oprócz jednej statycznej postawy, że nie podda się, tam nie ma więcej nic. Ale ta postawa zaczyna działać tylko i wyłącznie w kontekście. A kontekst jest świetny w tym scenariuszu. Kontekst obyczajowości i życia w początku lat 50. Kontekst szarości i czerwieni sztandarów. Zostały zresztą przesunięte proporcje. Zwykle aktor na tle stabilnej dekoracji tworzy psychologiczną rolę, a tutaj zorientowałem się, że trzeba zrobić coś odwrotnego, że trzeba stabilnie psychologicznie umierać godnie, czyli nie poddawać się, wiedząc, że się umrze. Natomiast tło i sytuacje, które go obligują do tego, żeby pokazywać, że on i tak się nie podda, zmieniają się w całym filmie. Czyli że psychologiem jest dekoracja.

Strzemiński w pewnym momencie mówi do zakochanej w nim studentki, że "człowiek może dać w życiu i w miłości tylko to, co ma". Tak się zastanawiam, co miał takiego Strzemiński, wybitny malarz, świetny artysta, zły ojciec i chyba jeszcze gorszy mąż. Co on takiego nam może dać?

W kategoriach człowieka, sądzę, że niewiele. W kategoriach artysty, być może wiele. To są przeważnie sprzeczne rzeczy i rzadko bywa tak, że wielki człowiek jest wielkim artystą, przepraszam, że o tym mówię. Człowiek niepogodzony do końca z sobą i z rzeczywistością - chyba to inspiruje do bycia jakimś artystą. Ta niezgoda i na siebie, i na rzeczywistość. Ten wieczny niepokój, który czasami prowadzi do obłędu i choroby. I to coś, co powoduje, że człowiek czuje trochę więcej, może widzi trochę więcej i może stara się wtedy to opowiedzieć, może czuje się, że jest zobowiązany opowiedzieć o tym. Myślę, że podobnie było ze Strzemińskim. Myślę, że to wyczuwają kobiety. To jest taki syndrom złego chłopaka po prostu. Broń Boże nie bronię bohatera. Natomiast sądzę też, że Katarzynę Kobro i Władysława Strzemińskiego spotkało coś, co się dosyć rzadko zdarza - oboje byli artystami. Na tym polu zresztą nie mieli specjalnych walk. Tutaj nie walczyli o siebie, o swoje. Oboje byli przekonani, że są świetni. Natomiast ich życie wewnętrzne było bardzo, ale to bardzo podarte, tak bym to określił. I jednocześnie przeczytałem w pamiętnikach chyba Niki (córki Kobro i Strzemińskiego - red.), że kiedy przychodził ktoś do Strzemińskiego, a jeszcze mieszkali razem, to Kobro mówiła: weź tego sku*****na przeprowadź przez pokój, tam w szufladzie jest rewolwer, daj mu - niech go zastrzeli. Więc z obu stron były to sytuacje, powiedziałbym krótko, nie do przyjęcia.

Robiliście film o artyście, a życie dopisało kontekst polityczny, bo to jest opowieść o artyście, który musi się opowiadać, po której jest stronie. On tam parę razy musi odpowiadać na pytania "w którą stronę pan idzie"?

Tak, to jest wielkość Wajdy. Mądrość polega na tym, że Strzemiński nie opowiada się po żadnej ze stron. On się opowiada po stronie wolności, czyli po stronie sztuki. Nie mówi, że jest komunistą. Nie mówi, że jest anty-komunistą. On nie mówi słowa na ten temat. On mówi, że jest artystą i że chciałby wykonywać swój zawód.

Był też charyzmatycznym wykładowcą. Rozumiem, że ta część, taka - powiedzmy teoretyczna - jeżeli chodzi o wykład z teorii sztuki była dla pana najmniej fascynująca w całym tym procesie...

Nie, akurat nie. Ten wykład o Van Goghu był fantastycznym wykładem. On może miał trochę zły język, bo to był język wyjęty z książki, język akademicki. Nie sądzę, żeby Strzemiński mówił na wykładach jak akademik. On to zapisał językiem akademickim, a nie był za dobrym literatem, umówmy się. To się czyta strasznie i mówi się równie strasznie. Natomiast sama zasada, samo posługiwanie się drugim wielkim artystą, możliwość pokazania jakby technicznej strony tego, co mu się tam "we łbie jara", było dosyć fascynujące. Gorsze były rzeczy, w których, spotykając się z przyjaciółmi, dął w trąbę "cóż my artyści zrobimy, kiedy nas wszystkich już uwiężą". To było gorsze, proszę mi wierzyć. Te komunały do wygłaszania były dużo gorsze.

Chciałam pana zapytać jeszcze na zakończenie o pierwsze i ostatnie spotkanie z Andrzejem Wajdą. I przywołać, choć to radio, taki obraz z pogrzebu Andrzeja Wajdy, kiedy pani Krystyna Zachwatowicz (żoną reżysera - red.) pana przytula i wygląda to trochę tak, jakby ona pocieszała pana. Wiem, że dla pana spotkanie z Andrzejem Wajdą, jako dla artysty, było bardzo ważne.

Było ważne, ponieważ moje dzieciństwo, początki związane z tym zawodem, to jest Andrzej Wajda. To są "Popioły", "Kanał", to jest Teatr Stary z "Nastazją Filipowną", z "Biesami", gdzie zostałem akurat wtedy, kiedy to grano, zaangażowany. To jest to wszystko, co było związane i z Polską, i ze sztuką. Bo tych rzeczy u Andrzeja nie dało się rozłączyć. To była moja młodość i miałem szczęście, że w którymś tam momencie zwrócił na mnie uwagę i wziął mnie do swojej grupy. Dla mnie to naprawdę było wielkim szczęściem, mogłem siebie realizować, przy okazji poznać go i pracować z nim. Jakkolwiek ta praca nie była łatwa, ponieważ… obaj nie byliśmy łatwymi ludźmi.

(abs)