12 uzbrojonych bomb rurowych i aż 4,5 tysiąca sztuk amunicji - taki arsenał znalazła policja w domu dwojga napastników, którzy w ośrodku pomocy osobom niepełnosprawnym w San Bernardino w Kalifornii zabili 14 osób a 17 zranili. Ameryka jest w szoku - trwa ustalanie, czy sprawcy masakry mieli jakikolwiek związek z organizacjami terrorystycznymi.

Policja w pobliżu miejsca, gdzie doszło do strzelaniny /PAP/EPA/Mike Nelson /PAP/EPA

Barack Obama, który wydał specjalne oświadczenie powiedział, że nie można wykluczyć w tej chwili że atak miał podłoże terrorystyczne. Śledztwo w tej sprawie przejęło FBI. Sprawdzana jest przeszłość napastników. Jeden z nich - 28 latek - pracował w administracji hrabstwa San Bernardino i był uczestnikiem imprezy świątecznej, w czasie której doszło właśnie do tej strzelaniny. W tej sytuacji nie można więc wykluczyć, że atak był wynikiem np. jakiegoś konfliktu z pracodawcą. To wszystko jest w tej chwili dokładnie sprawdzane.

Wiadomo, że napastnicy dobrze przygotowali się do ataku. Mieli ze sobą cały arsenał, ubrania wojskowe, a także kamizelki kuloodporne.

Podczas policyjnej obławy na sprawców strzelaniny w San Bernardino, w Kalifornii, policja zastrzeliła dwoje podejrzanych - mężczyznę i kobietę. Los trzeciego podejrzanego jest nieznany.

Według CNN, powołującej się na anonimowe źródła w policji, jeden z dwóch sprawców, 28-letni Syed Farook, był muzułmaninem, który uległ radykalizacji. Stacja podała, że Farook był w kontakcie (telefonicznym i za pośrednictwem mediów społecznościowych) z więcej niż jedną osobą podejrzaną przez FBI o międzynarodowy terroryzm.

 San Bernardino to miasto liczące ok. 200 tys. mieszkańców, odległe o ok. 100 km na wschód od Los Angeles.