31 sierpnia 2015 roku Angela Merkel powiedziała „Wir schaffen das”, co znaczy „Damy radę“, „Zrobimy to“. Zdanie wypowiedziane na konferencji prasowej w Berlinie, powtórzone później przez niemiecką kanclerz wielokrotnie, stało się symbolem. I nie tylko w Niemczech jest traktowane jako zaproszenie dla uchodźców, zapewnienie, że Europa pomoże tym, którzy uciekają przed wojną. „Niemcy raczej nie dały rady” komentuje prof. Andrzej Sakson z Instytutu Zachodniego w Poznaniu. Z socjologiem, specjalistą w temacie europejskiej migracji, rozmawiał Adam Górczewski.

Angela Merkel /PAP/EPA/KAY NIETFELD /PAP/EPA

Adam Górczewski:  "Wir schaffen das". Dokładnie rok mija od tych słów. Jak z perspektywy tego czasu ocenia Pan słuszność ich wypowiedzenia przez niemiecką kanclerz?

Andrzej Sakson: Najpierw refleksja ogólna: ten ostatni rok był czasem kryzysu migracyjnego. Jednym z elementów tego kryzysu było fakt, że największa grupa uchodźców i migrantów ekonomicznych, bo to dwie różne grupy, trafiła do Republiki Federalnej Niemiec. I teraz rodzi się pytanie bez prostej odpowiedzi: jaki był główny motyw kanclerz Merkel, która - jak to odbieramy w powszechnej świadomości - zaprosiła uchodźców. Oni wtedy zresztą koczowali w znacznej mierze na dworcu Keleti w Budapeszcie i ta fala już się zbliżała do Niemiec. Może bez tego zaproszenia też by do Niemiec dotarli.

W ostatnim roku do samych Niemiec przybyło ponad milion osób.

Właśnie. I stąd to pytanie: Czym kierowała się Merkel i czy udało jej się zrealizować "Wir schaffen das"?

... czyli "Damy radę"...

... "Jest to w zasięgu naszych możliwości". Patrząc na tę kwestię z perspektywy roku można powiedzieć, że nie do końca daliśmy radę. Kanclerz Merkel, zapraszając niejako uchodźców i migrantów, nie spodziewała się, że za tym apelem popłynie tak wielka liczba osób, grubo ponad milion. Ja nawet postawię taką tezę, że żadne państwo nie byłoby w stanie sobie poradzić. Jeśli Niemcy, uważane za jedno z najlepiej zorganizowanych państw na świecie, sobie nie poradziły, to tym bardziej nie dałyby rady inne kraje. Z tego punktu widzenia dostrzegam pewne rozminięcie się zaproszenia Merkel z rzeczywistością, czyli "zapraszałam, ale nie spodziewałam się, że tylu was będzie". To generuje przecież określone problemy, choćby logistyczne - gdzieś tych ludzi trzeba, rozmieścić, przenocować, wyżywić, zaopatrzyć i się nimi opiekować w dalszej perspektywie. To, jak niektórzy mówili, idealistyczne stwierdzenie kanclerz "zapraszamy was, bo chcemy rozwiązać problem o zasięgu globalnym" nie do końca udało się zrealizować.
Niektórzy analitycy uważają, że kanclerz Niemiec zareagowała rok temu emocjonalnie, wbrew pewnej logice i standardowym krokom, które strona niemiecka podejmuje. Z reguły tam są narady, powołuje się sztab kryzysowy, rozważa różne koncepcje, wypracowuje stanowisko, konsultuje się i wtedy podejmuje się określoną decyzję, której potem trzeba się trzymać. W tym przypadku, w wyniku pewnej konstelacji politycznej, tego wszystkiego zabrakło. Według wielu komentatorów tak emocjonalnego działania do tej pory w Niemczech nie było.

Godząc się nawet z tym stwierdzeniem musimy zwrócić też jednak uwagę na fakt, że Niemcy prowadzą od wielu lat konsekwentną politykę migracyjną. Fakt, że do Niemiec napłynęło ponad milion uchodźców nie jest niczym wyjątkowym. Osobliwym jest jedynie to, że tylu ludzi przybyło w tak krótkim czasie. Trzeba wiedzieć, że gospodarka niemiecka, żeby funkcjonowała normalnie, potrzebuje co roku 250-400 tysięcy pracowników, zarówno z Unii Europejskiej (także z Polski) jak i uchodźców. W związku z tym Merkel deklarując wolę przyjęcia migrantów i uchodźców opierała swoją decyzję także na realnych potrzebach gospodarczych. Gdyby ta liczba uchodźców ograniczyła się do 600, a może nawet 800 tysięcy, nie byłoby problemu. Wtedy nawet krytycy, również z siostrzanej dla CDU bawarskiej CSU biliby brawo, bo uważaliby, że to słuszna decyzja. Tyle Niemcy byliby w stanie przyjąć i zintegrować, bo takie są potrzeby Niemców. Niemcy przecież sami dużo emigrują, do Stanów Zjednoczonych choćby. Do tego byli gastarbeiterzy wracają do swoich krajów, np. Turcy. A i ujemny przyrost naturalny odgrywa dużą rolę. Dlatego potrzebny jest duży napływ z zewnątrz. Słowem - do decyzji Merkel były racjonalne przesłanki.

Natomiast ta duża liczba uchodźców zaczęła generować problemy. Po pierwszej fazie entuzjazmu społecznego zaczęły pojawiać się pytania, np. o sale gimnastyczne, które były na początku chętnie oddawane na potrzeby uchodźców, ale po pół roku, po roku, rodzi się pytanie, kiedy dzieci będą mogły z tego obiektu sportowego znów korzystać. Naturalną koleją rzeczy jest też to, że jeżeli w krótkim okresie czasu napłynie dużo osób to są koszarowani, jak w berlińskiej hali byłego lotniska Tempelhof, gdzie jest kilka tysięcy osób. Chcąc nie chcąc, nawet gdyby to były anioły to pojawiają się konflikty, napięcia i od strony logistycznej też jest to trudne do ogarnięcia. I wtedy pojawiło się niezadowolenie i odpływ pewnej sympatii dla uchodźców.
Jednak przypadek Niemiec jest szczególny. Badania wykazują, że 38% Niemców uważa, że uchodźców trzeba przyjmować, bo na Niemcach spoczywa moralne zobowiązanie do pomocy ofiarom wojen i kryzysów gospodarczych. Powodem jest rola Niemiec w Holokauście i drugiej wojnie światowej.

Mimo krytyki kanclerz Merkel nie wycofuje się z hasła "Wir schaffen das", a badania politycznego poparcia wskazują, że i kanclerz Niemiec i jej partia CDU, mimo spadków, nadal są liderami. To jest dowód na to, że Niemcy jednak takiego kroku oczekiwali?

Czy oczekiwali...? Na pewno na początku nie protestowali. Uważali, że trzeba pomóc z różnych względów, także historycznych. Natomiast problemem okazała się liczba. Szczególnie wykorzystuje to, i będzie wykorzystywała, opozycja. Merkel wykazuje jednak konsekwencję w obronie swojego stanowiska, z naszego punktu widzenia trudnego do obrony.

W moim rozumieniu kryzys migracyjny pokazał nową twarz Merkel. To już nie tylko polityk pragmatyczny, który podejmuje decyzje ważne dla polityki wewnętrznej i europejskiej po głębokim przemyśleniu. To też polityk działający pod wpływem emocji, bo tak interpretuję rzucenie hasła "Wir schaffen das". Doceniam też konsekwencję, którą teraz pokazuje. To nowy rys jej politycznego oblicza.