Jest ojcem prawie 800 dzieci. W większości przypadków nie wie, gdzie one są ani jak żyją. Sylwetkę nielicencjonowanego dawcy spermy przedstawiła widzom brytyjska telewizja BBC.

Mam dzieci na całym świecie, od Hiszpanii po Tajwan - podkreśla Brytyjczyk z nieukrywana dumą. /DPA/Karl-Heinz Spremberg /PAP

41-letni mężczyzna reklamuje się na Facebooku. Jak ujawnił w programie, swą działalność prowadzi nieprzerwanie od 16 lat, każdorazowo pobierając opłatę 50 funtów.  

Mam dzieci na całym świecie, od Hiszpanii po Tajwan - podkreśla Brytyjczyk z nieukrywana dumą. Posiadam liczniejsze potomstwo od Czyngis-chana (ten mongolski władca miał setki dzieci - przyp. red.) - dodaje. 

Procedura jest prosta: Brytyjczyk najpierw odbywa ze swoimi klientami telefoniczną rozmowę. W zależności od zadawanych mu pytań, przekazuje dawkę spermy już w trakcie następnego spotkania. Nie bywam wybredny. Nie przejmuje się, jeśli ludzie palą czy piją. Nie oddałbym swojej spermy jedynie narkomanom - tłumaczy etykę swej pracy Brytyjczyk. 

Jak podkreślił w programie, ma troje dzieci - w konwencjonalnym słowa tego znaczeniu. Dwóch synów z pierwszego małżeństwa i córkę z drugiego. Jego przyjaciele wiedzą, czym się zajmuje. Jest rozwiedziony. Niedawno rozstał się z partnerką, która nie mogła pogodzić się z jego zajęciem. Taka działalność nie jest na Wyspach zakazana, ale nielicencjonowane banki spermy w żaden sposób nie chronią kobiet ani dawcy. Przyszłe matki nie mogą mieć pewności, że nasienie pochodzi od zdrowego mężczyzny, a on sam może być sądownie zmuszony do płacenia alimentów.

(mal)