Co najmniej 26 cywilów poniosło śmierć 4 maja br. w rezultacie trzech ataków bombowych w prowincji Farach na zachodzie Afganistanu – poinformowało wczoraj Centralne Dowództwo Sił Zbrojnych USA. Nalotów dokonano w ramach szerokiej operacji przeciwko talibom, podczas której – jak podkreślają wojskowi – nie przestrzegano wszystkich zasad. Według amerykańskiego wojska zginęło wówczas 78 talibów i 5 afgańskich policjantów. Zdaniem afgańskich władz zginęło 140 osób.

Śledztwo, przeprowadzone przez amerykańską armię, bezspornie wskazuje na odpowiedzialność żołnierzy Stanów Zjednoczonych za śmierć dużej grupy afgańskich cywilów, którzy zginęli z bombardowaniu na początku tygodnia - pisze w piątkowym numerze "New York Times". czytaj więcej

Nalotów dokonano w nocy, w końcowej fazie chaotycznej potyczki i prawdopodobnie to było powodem ofiar wśród ludności cywilnej. Raport Centralnego Dowództwa Sił Zbrojnych USA zawiera jednak tylko bardzo stonowaną krytykę załogi bombowca, a przewodniczący Komitetu Połączonych Sztabów Sił Zbrojnych USA, admirał Mikie Mullen, podkreślił, że nie ma powodu aby karać kogokolwiek z amerykańskiego personelu wojskowego.

Raport opublikowano po długotrwałym dochodzeniu. Autorzy dokumentu przyznają, że liczba ofiar może okazać się większa, ale jej dokładne ustalenie może okazać się niemożliwe.

Coraz większa liczba ofiar wśród ludności cywilnej jest powodem narastającego napięcia między Kabulem i Waszyngtonem. Ostatni incydent najprawdopodobniej jeszcze zwiększy to napięcie i pokrzyżuje wysiłki Amerykanów zdobycia przychylności Afgańczyków. Niedawno sekretarz obrony USA Robert Gates oświadczył, że taka przychylność jest niezbędna jeśli Stany Zjednoczone mają wygrać wojnę w Afganistanie.