Polski misjonarz ks. Mateusz Dziedzic, uwolniony kilka dni temu z rąk rebeliantów w Republice Środkowoafrykańskiej, wrócił do kraju. Po wylądowaniu na Okęciu powiedział, że dziękuje wszystkim, którzy przyczynili się do odzyskania przez niego wolności.

Spełniono żądania porywaczy księdza? Lider rebeliantów na wolności

Lider rebeliantów w Republice Środkowoafrykańskiej Abdulaj Miskin został zwolniony z więzienia w Kamerunie w ciągu 48 godzin od uwolnienia polskiego księdza Mateusza Dziedzica, którego przez ponad miesiąc przetrzymywali ludzie Miskina - pisze AFP. Miało się to stać w obecności misjonarza. czytaj więcej

Ks. Dziedzic, kapłan z diecezji tarnowskiej, został uprowadzony przez rebeliantów w nocy z 12 na 13 października z misji w Baboua w Republice Środkowoafrykańskiej, około 50 km od granicy z Kamerunem. Porywacze wywieźli go w kierunku granicy z Kamerunem. W ostatnią środę poinformowano o jego uwolnieniu.

Dziękuję Bogu i tym wszystkim, którzy przyczynili się do mojego uwolnienia - powiedział ks. Dziedzic po przylocie do Warszawy.

Relacjonował, że ludzie, którzy pilnowali go w czasie niewoli, nie byli agresywni. Byli jednak uzbrojeni i duchowny obawiał się, że może dojść do "jakiegoś wypadku".

Jako najgorsze chwile w czasie półtoramiesięcznej niewoli w dżungli ks. Dziedzic wspomina trzy dni, kiedy przechodził ostrą malarię, a także moment, kiedy już po uwolnieniu dowiedział się, że dziesięciu zakładników pozostanie w rękach rebeliantów.

Mimo to na pytanie o powrót na misję odpowiedział: Nie wykluczam tego. W języku sanga tam, gdzie pracuję, ludzie mówią: "Tongan zapa aye". Po polsku: "Jeśli Pan Bóg będzie chciał". Jeśli Pan Bóg będzie chciał - wrócę, bo jestem w Jego rękach, On mnie prowadzi.

(edbie)