​"Czuję się dobrze, coraz lepiej. Kompletnie nic nie pamiętam z dnia wypadku" - mówi pan Jakub, którego w ubiegłym tygodniu w stanie głębokiej hipotermii znaleźli ratownicy na Pilsku. Dziś mężczyzna dziękował ratownikom i lekarzom za uratowanie życia. Jutro ma opuścić oddział Polsko-Amerykańskich Klinik Serca w Bielsku-Białej.

Uratowany biegacz Jakub Lenarczyk w siedzibie PAKS w Bielsku-Białej /Andrzej Grygiel /PAP

Pan Jakub biegał na Pilsku i jak sam mówi - nie wie co się stało. Po raz ostatni skontaktował się z żoną po 13. Powiedział, że jest na szczycie Pilska i z powodu śnieżycy będzie schodził ze szczytu szlakiem po stronie słowackiej. Następnie nie wrócił na umówioną godzinę do schroniska, a żona nie mogła się z nim skontaktować, więc wezwała pomoc. Gdyby nie żona, nie byłoby całej akcji - mówi prof. Andrzej Bochenek z Polsko-Amerykańskich Klinik Serca.

Po wezwaniu ratownicy beskidzkiej grupy GOPR skuterami wyruszyli na poszukiwania. Odnaleźli pana Jakuba o godzinie 15. Temperatura jego ciała wynosiła wtedy około 21 stopni Celsjusza. Pogotowie przetransportowało go na Oddział Kardiochirurgii PAKS w Bielsku-Białej. W czasie transportu doszło do zatrzymania akcji serca. Cały czas przy pomocy specjalnego urządzenia prowadzono masaż serca. W szpitalu lekarze podłączyli pacjentowi krążenie pozaustrojowe, by go ogrzać. Temperaturę 35,5 stopni udało się uzyskać po ponad 3 godzinach.

Do niedzieli pan Jakub był utrzymywany w śpiączce farmakologicznej.  Czuje się coraz lepiej. Dziś wraz z żoną dziękował za uratowanie życia. Chciałem bardzo podziękować za szybką reakcję i bardzo profesjonalną opiekę. Kompletnie nic nie pamiętam z dnia wypadku. Byłem dobrze przygotowany. W takich warunkach wielokrotnie biegałem. Nie ma zasady. W górach różne rzeczy mogą się zdarzyć - mówił dziś pacjent.

Teraz czeka go rehabilitacja. Jest to najmniej spektakularny czasowo element leczenia ale bardzo istotny. To zadecyduje, czy będzie absolutnie w pełni sprawny, czy jakieś resztkowe niedomagania mu zostaną - mówi dr Wojciech Domaradzki z PAKS w Bielsku-Białej. Lekarz podkreślił, że pacjent przez długi okres czasu, przez kilka godzin miał zatrzymaną akcję serca. Bez specjalnej terapii, bez ECMO (urządzenie do pozaustrojowego utlenowania krwi, wspomaga funkcje życiowe), bez tego typu sprzętu i zaplecza, to jest to pacjent, który z definicji nie żyje - dodaje dr Domaradzki.

(az)