"Czasami białe stawało się czarne, a czarne białe, a my nie zawsze - z uwagi na dobro śledztwa - dawaliśmy temu wyraz, bo nie chcieliśmy pewnych rzeczy ujawniać, żeby tego śledztwa nie zniweczyć" - mówi jeden z autorów wydanej właśnie książki "Sprawa Ziętary. Zbrodnia i klęska państwa". To pierwsza tak obszerna publikacja na temat głośnego, zagadkowego porwania i zabójstwa polskiego dziennikarza śledczego, do którego doszło niemal 23 lata temu.

Michał Dobrołowicz: Panowie, intryguje mnie, dlaczego tak długo czekamy na wyjaśnienie sprawy zabójstwa Jarosława Ziętary. To pytanie rodzi następne: dlaczego jest to dopiero pierwsza, tak obszerna, książka na temat tej zbrodni?

Krzysztof M. Kaźmierczak, współautor książki: Czekaliśmy tak długo, ponieważ organy ścigania przez wiele lat nie chciały tej sprawy wyjaśnić. Robiły właściwie wszystko, co możliwe, żeby jej nie wyjaśnić. Dopiero w 2011 roku, gdy dzięki naszym staraniom udało się doprowadzić do wznowienia śledztwa i przeniesienia go do Krakowa, to śledztwo zaczęło się tak naprawdę.

Piotr Talaga, współautor książki: Od samego początku dla nas najważniejsze było nie napisanie książki, ale to żeby tę sprawę wyjaśnić. Powstanie tej książki chodziło nam po głowach od wielu lat. Natomiast ten moment wynikał z tego, że w naszej ocenie fakty, które tutaj ujawniamy, czy też nasze hipotezy, pewne wskazania na okoliczności, nie powinny naszym zdaniem wpłynąć już w negatywny sposób na rozwikłanie tej sprawy. Wracam jeszcze do pierwszej części pana pytania, mianowicie, dlaczego tak długo. Odpowiedzią jest teza, którą stawiamy w tej książce - jest ona zwerbalizowana w podtytule: "zbrodnia i klęska państwa". W naszym przekonaniu to właśnie organy państwowe są współodpowiedzialne za to, że przez tyle lat tej sprawy nie tyle nie wyjaśniono. Że państwo nie rozliczyło się z win, jakie ma w stosunku do tej sprawy.

Jakie jest to główne zaniedbanie? 

Piotr Talaga: Organy państwowe, służby specjalne, prokuratura i policja w dużej mierze sabotowały wyjaśnienie tej sprawy. Wynikało to nie tyle z zaniedbań, co z celowych działań, żeby tej sprawy nie wyjaśnić.

„Jarosław Ziętara interesował się nieprawidłowościami w tworzącym się biznesie. Pojawiają się wszelkie patologie związane z rodzącym się biznesem początku lat 90.” – ujawnił w rozmowie z dziennikarzem RMF FM prok. Piotr Kosmaty z Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie. Krakowscy śledczy ogłosili w... czytaj więcej


Krzysztof M. Kaźmierczak: Służby specjalne starały się sabotować to śledztwo, żeby na jaw nie wyszły ich związki z Jarosławem Ziętarą. On przed śmiercią w ostatnich miesiącach przed porwaniem był werbowany, próbowano go najpierw zatrudnić, później zwerbować do współpracy. I później, gdy Jarosława Ziętarę zamordowano, gdy szedł tropem informacji, które prawdopodobnie uzyskał ze służb specjalnych, z Urzędu Ochrony Państwa, robiono, co możliwe, by to nie wyszło na jaw. Działano więc ręka w rękę z przestępcami. Przestępcy chcieli, by o sprawie nic nie było wiadomo. Ci, którzy go zabili, odpowiedzialni byli za śmierć, a służby specjalne sabotując to śledztwo działały po tej samej linii. Z nimi.


Czy myślicie panowie, że ta książka to jest jakiś krok naprzód, jeśli chodzi o wyjaśnianie tej sprawy? Pojawiają się nowe informacje na ten temat, ale czy ta książka może coś przyspieszyć?  

Krzysztof M. Kaźmierczak: Ta książka z pewnością daje pełniejszy obraz całej sytuacji. My, tak jak Piotr wspominał, wiele rzeczy zatrzymywaliśmy dla siebie, żeby tej sprawie nie przeszkodzić. Ta książka po raz pierwszy pokazuje kulisy tej sprawy, jaki ona miała przebieg. Pokazuje okoliczności, które dopełniają, które wyjaśniają wiele zagadkowych okoliczności w tej sprawie. Myślę, że ta książka z pewnością pokazuje tę sprawą taką, jaką ona była. A czy wpłynie na dalsze losy tej sprawy? Mam nadzieję, że na pewno jej nie zaszkodzi, a może jej pomoże. 

Czy to był jeden z celów, jaki sobie panowie stawialiście?

Piotr Talaga: Na pewno tak, natomiast też takim celem, może nie bezpośrednim, było to, że jak sprawa stawała się coraz bardziej głośna w mediach, pojawiało się bardzo wiele informacji nieścisłych, przeinaczeń, przekłamań, które w zupełnie innym świetle przedstawiały całą sprawę. Niepełnym i nieprawdziwym. Zebranie tych wszystkich faktów, tych okoliczności, z którymi byliśmy związani przez te ponad 20 lat, miało też służyć temu, żeby pokazać prawdziwą historię, taką, jaka rzeczywiście była. Bo czasem białe stawało się czarne, a czarne białe, a my nie zawsze z uwagi na dobro śledztwa dawaliśmy temu wyraz, bo nie chcieliśmy pewnych rzeczy ujawniać, żeby właśnie tego śledztwa nie zniweczyć.

Dlaczego panowie teraz właśnie zdecydowaliście się to ujawnić? 

Krzysztof M. Kaźmierczak: Śledztwo jest teraz obecnie w fazie albo końcowej, albo kończy się jego pierwsza faza. W najbliższych dniach wpłynie do sądu akt oskarżenia przeciwko Aleksandrowi G., na którym ciążą zarzuty namawiania do zabójstwa Jarka Ziętary. Zbiegło się to z przełomowym momentem działania tego śledztwa.

"Jarosław Ziętara zginął, bo wiedział o wielkim przemycie"

"Jarosław Ziętara został 22 lata temu zabity, bo miał zebrać informacje o wielkim przemycie alkoholu, za którym stał Aleksander G., wówczas jeden z najbogatszych Polaków" - ujawnia "Gazeta Wyborcza". Pisze też, że zarzuty dla zatrzymanego kilka dni temu i aresztowanego... czytaj więcej


Czy był taki moment, że panowie mieliście wątpliwości, czy w ogóle to publikować? Czy może lepiej wstrzymać się?  

Krzysztof M. Kaźmierczak:
Podczas pracy nad tą książką mieliśmy różne momenty, różne wątpliwości. Dyskusje między nami też były o tym, co napisać. Z pewnością nie było to łatwe, bo mieliśmy świadomość, że to śledztwo trwa cały czas. Gdy rozpoczynaliśmy to pisać, to był moment aresztowania Aleksandra G., listopad ubiegłego roku. Rozpoczynaliśmy w zupełnie innym nastroju, w innych realiach, potem się okazało, że osoby aresztowane zostały zwolnione. Ostateczny ten kształt książki był kompromisem naszych myśli i rozważań. 

Nie boicie się teraz panowie, że to, co jest w tej książce może się komuś nie spodobać? Albo - mówiąc wprost - zaszkodzić wam?  

Piotr Talaga:
Może nie tyle, że się boimy, co bierzemy to pod uwagę, że są różne grupy, osoby czy wręcz instytucje, którym może się to nie podobać i że ta książka może spowodować jakieś określone reakcje. Liczyliśmy się z tym i trudno byłoby tego nie brać pod uwagę.