Niecodzienna historia z Łodzi. Motorniczy na 80 minut zatrzymał tramwaj, by uratować kota, który znalazł się pod pojazdem. Dziś został nagrodzony przez pracowników fundacji pomagającej zwierzętom.

Uratowany kotek /Grzegorz Michałowski /PAP

Jadąc al. Politechniki widziałem, że kilka osób, w tym policjant, gania czarnego kota na rondzie Lotników Lwowskich. Dojeżdżałem więc do ronda ostrożnie, a gdy tylko zatrzymałem się przy jego krawędzi, czarny kot wskoczył pod pierwszy wózek i nie chciał wyjść spod wagonu. Chyba uznał to miejsce za najbezpieczniejsze - wspominał motorniczy Michał Luter. 

Próba wydobycia kota trwała aż 80 minut. Wielu pasażerów domagało się, by motorniczy nie przejmował się losem zwierzęcia i jechał dalej. 

Podchodzili do kabiny i nakłaniali mnie żebym pojechał dalej, chociaż tłumaczyłem im, że pod wagonem jest kot - wspominał motorniczy. Wyzwała mnie nawet starsza pani, która nie mogła przejść przez przejście dla pieszych, bo zatrzymałem na nim tramwaj - dodał. 

Kota wydobyto dopiero po odkręceniu części podłogi tramwaju. Zwierzak został przekazany do schroniska przy ul. Marmurowej w Łodzi. Nadano mu imię Michał na cześć motorniczego, który uratował mu życie.  

Dziś motorniczy został nagrodzony przez Fundację Niechciane i Zapomniane - SOS dla Zwierząt. Dostał nagrodę w wysokości 500 złotych. Te pieniądze pochodziły z premii świątecznych, których zrzekli się pracownicy fundacji, by uhonorować mężczyznę. 

Niby motorniczy zrobił coś normalnego, zatrzymując tramwaj żeby ocalić kota. Jednak w dzisiejszym świecie niestety jest to czymś dziwnym - podkreślała Natalia Łukaszewicz z fundacji. Myślę, że motorniczy słuchając swojego serca i sumienia, wybrał drogę, która nie zaszkodzi żadnej istocie i to jest dla mnie bardzo ważne. Jako fundacja chcemy pokazywać, że potrafimy doceniać dobre zachowania wobec zwierząt. Mam nadzieję, że kiedyś dożyję takich czasów, w których czymś dziwnym będzie to, że nie udzielono pomocy zwierzęciu a nie, że jej udzielono - dodała. 

(mn)