Poufne, tajne, bardzo tajne… Śledztwo w sprawie rzekomych zbrodni wojennych, popełnionych przez polskich żołnierzy w Afganistanie owiane jest wielką tajemnicą. Tak wielką, że prokuratura nie chce nawet powiedzieć, jakie paragrafy konwencji haskiej i genewskiej mieli złamać komandosi. Na razie wiadomo, że postępowanie przedłużono o kolejne trzy miesiące.

Kto wydał rozkaz strzelania? Gdzie padł ten rozkaz – czy jeszcze przed wyjazdem na patrol? Czy rzeczywiście żołnierze obciążyli swoich dowódców? I czy przed atakiem wojskowi dysponowali jakimiś danymi wywiadowczymi? Na te pytania nie ma odpowiedzi.

Na specjalnej konferencji prasowej Prokurator Wojskowy generał Zbigniew Woźniak ujawnił jedynie, że do tej pory przesłuchano kilkadziesiąt osób, a w zespole śledczym jest tylko jeden wojskowy. Pod znakiem zapytania stanęła wizja lokalna na miejscu zdarzenia.

Woźniak uważa, że byłaby kłopotliwa w realizacji. Na pewno będzie się wiązała z wieloma kłopotami. Nie wiadomo, czy ISAF będzie w stanie zapewnić bezpieczeństwo sporej grupie ludzi, która w takiej czynności musiałaby wziąć udział - stwierdził. Wiadomo natomiast, że zostaną powołani biegli psychiatrzy.

Po co te kajdanki, broń maszynowa, brutalne zatrzymanie na oczach dzieci i rodziny? To przecież nie byli bandyci, ale żołnierze z elitarnej jednostki. Rzecznik Praw Obywatelskich ma zastrzeżenia do sposobu zatrzymania żołnierzy, oskarżonych o zabicie cywilów w afgańskiej wiosce. czytaj więcej

Prokuratura po raz kolejny zapewniła, że sposób zatrzymania żołnierzy był zgodny z prawem, a o środkach decydowała Żandarmeria Wojskowa. Te środki to – przypomnijmy – kajdanki, zamaskowani żandarmi z plutonu specjalnego, uzbrojeni w broń maszynową, i wykręcanie rąk zatrzymywanym, którzy oporu nie stawiali i nie byli uzbrojeni. W tej sprawie żandarmeria milczy.