Dwaj żołnierze, którzy zostali ranni w piątkowej katastrofie śmigłowca Mi-24, przechodzą specjalistyczne badania w klinice wojskowej w Bydgoszczy. Ich życiu nie zagraża niebezpieczeństwo, jednak – zdaniem komendanta szpitala pułkownika Krzysztofa Kasprzaka – ich leczenie potrwa kilka tygodni.

Wojskowa Prokuratura Garnizonowa w Bydgoszczy wszczęła śledztwo w sprawie piątkowej katastrofy śmigłowca Mi-24 na poligonie koło Torunia. Jak dowiedział się dziennikarz RMF FM, maszyna była uzbrojona w ostrą amunicję. W katastrofie zginął drugi pilot, ranni są dwaj pozostali członkowie załogi.... czytaj więcej

Są w trakcie badań, które pozwolą nam stwierdzić, jaki rodzaj obrażeń szczegółowo doznali w skutek tej katastrofy - stwierdził Kasprzak. Posłuchaj:

Na poligonie pomiędzy Toruniem i Inowrocławiem, gdzie rozbił się helikopter, cały czas pracuje Komisja Badania Wypadków Lotniczych. Trwają prace na poligonie. Eksperci musza mieć spokój i czas na wnikliwe badania, stąd do zakończenia prac nie będziemy informować o kolejnych etapach działań - zaznaczył rzecznik ministra obrony Robert Rochowicz. Po zakończeniu prac na miejscu wypadku, wrak maszyny zostanie przetransportowany do 56. Kujawskiego Pułku Śmigłowców Bojowych w Inowrocławiu, gdzie przeprowadzone zostaną drobiazgowe badania.

Do wypadku śmigłowca doszło w piątek późnym wieczorem. Załoga maszyny z 49. Pułku Śmigłowców Bojowych w Pruszczu Gdańskim ćwiczyła nocne strzelanie z użyciem noktowizora i bez - w ramach przygotowań do misji w Afganistanie. Ze wstępnych ustaleń wynika, że śmigłowiec spadał lotem koszącym na zadrzewiony teren. W wypadku zginął drugi pilot, 32-letni porucznik Robert Wagner. Ranni zostali dwaj pozostali członkowie załogi – pierwszy pilot i technik pokładowy.

Śledztwo w sprawie wypadku prowadzi Wojskowa Prokuratura Garnizonowa w Bydgoszczy.