​W poznańskim Sądzie Okręgowym w czasie drugiego dnia procesu o zabójstwo Ewy Tylman zeznawali policjanci, którzy mieli usłyszeć przyznanie się Adama Z. do winy. To na podstawie ich słów prokuratura sformułowała swój akt oskarżenia, w którym zakłada, że kolega z pracy zabił poszukiwaną później przez osiem miesięcy poznaniankę.

Oskarżony Adam Z. i jego obrońca /Jakub Kaczmarczyk /PAP

Adam Z. i Ewa Tylman uczestniczyli w nocy 22/23 listopada 2015 roku w imprezie firmowej w centrum Poznania. Prokuratura uważa, że mężczyzna 23 listopada nad ranem najpierw zepchnął Ewę Tylman ze skarpy, a później przeciągnął ją do Warty w pobliżu mostu św. Rocha. Ciało kobiety znaleziono w rzece w lipcu 2016 roku, kilka kilometrów od Poznania.

Pierwszy z policjantów powiedział przed sądem, że Adam Z. 3 grudnia spontanicznie zaczął odtwarzać przebieg wypadków. To nie było przesłuchanie, dlatego wypowiedź (wtedy) podejrzanego nie była protokołowana. Powstała natomiast służbowa notatka, z której wynika to samo, co we wtorek powtórzył policjant. Z. miał opisać, że w pewnym momencie zaczęli się kłócić z Tylman, o to w którą stronę iść. Kobieta miała się wyrwać i podbiec do barierki przy skarpie nad rzeką. Tam mężczyzna ją dogonił - mówił.

Niechcący, próbując ją złapać, zepchnął kobietę w dół nabrzeża - opisywał policjant. Według jego słów zbiegł łagodniejszym zejściem i zobaczył, że kobieta leży nieprzytomna. Wtedy ją złapał i zaciągnął do Warty, wepchnął do rzeki i skierował by płynęła z nurtem - mówił.

Podobną wersję przedstawiła obecna w tym czasie w pokoju komendy wojewódzkiej w Poznaniu policjantka. Ona też stwierdziła, że Z. podał opis zabójstwa.

Dziwnie się zachowywał. Zamykał oczy. Nagle spontanicznie zaczął opowiadać co się stało - zeznała funkcjonariuszka. Pamiętam, że mocno westchnął, gdy doszedł do momentu, kiedy przeciągał Tylman w kierunku rzeki, bo powiedział, że ciało było ciężkie - mówiła.

Przed policjantami zeznawała siostra Adama Z. Małgorzata Z. opisała m.in., że w noc zaginięcia Tylman pierwszy telefon od brata odebrała o 3.53. Adam Z. miał wtedy stwierdzić, że jest pijany i stracił orientację po imprezie. O 5.13, również dzięki telefonicznej pomocy siostry, dotarł do mieszkania. Na drugi dzień miał pytać, czy w czasie nocnych rozmów było słychać jakąś kobietę w tle. Siostra twierdzi, że nikogo nie słyszała. Mniej więcej dwa dni później zauważyła zadrapanie na ręce brata. Według jego słów, to skutek upadku w czasie tańca w jednym z lokali.

Małgorzata Z., która mieszkała z bratem, twierdzi, że Adam tydzień wcześniej, też po spotkaniu towarzyskim, także stracił orientację. Mężczyzna miał też regularnie sięgać po alkohol, ale nie w dużych ilościach.

Wielokrotnie pytałam go o przebieg tamtej nocy - wspomniała siostra oskarżonego. On nie potrafił jednak opowiedzieć, co się wtedy stało - mówiła.

Kobieta potwierdziła również wersję adwokata Ireneusza Adamczaka, że po zatrzymaniu Adama Z. jego obrońca nie został przez policjantów dopuszczony do kontaktu ze swoim klientem, bo "czynności już zostały zakończone". Obrona wskazuje, że to było utrudnianie kontaktu z mandantem.

(az)