We wrocławskich tramwajach ruszyły dezynfekcje. Po raz drugi, bo pierwotnie z bakteriami i wirusami świńskiej grypy mieli walczyć motorniczowie. Ci zbuntowali się jednak, bo jak mówili, w czasie postoju na pętlach mają zbyt mało czasu, by zdążyć przetrzeć ściereczkami wszystkie poręcze. Dzisiaj w walce zastąpili ich skazani na prace społeczne za drobne przewinienia.

Akcja dezynfekowania wygląda tak: o umówionej wcześniej godzinie na pętli pojawia się kilka osób skazanych za drobne przewinienia na prace społeczne. "Od motorniczego otrzymują chusteczki nasączone specjalnym środkiem, takie same jakich używa się w gabinetach lekarskich i stomatologicznych" - wyjaśnia Witold Turzański, prezes wrocławskiego MPK. Potem mają kilka minut, aby przetrzeć nimi wszystkie poręcze i kasowniki.

"Taka dezynfekcja nie powstrzyma wirusów i bakterii, ale na pewno zmniejszy ryzyko złapania któregoś z nich przez naszych pasażerów" - zapewnia Turzański i dodaje - "sprzątanie na pętlach na pewno nie wpłynie na opóźnienia w kursowaniu tramwajów i autobusów".

Pracę 30 osób, które do końca stycznia mają odkażać pojazdy komunikacji miejskiej koordynuje Stowarzyszenie Pomocy Ludze - Ludziom. "Do tej pory skazani za drobne przewinienia grabili liście czy remontowali szkoły. Czyszczenie tramwajów i autobusów to na pewno lżejsza praca. W każdym razie nikt nie odmówił" - wyjaśniał Paweł Cycuła ze stowarzyszenia.

Na pierwszy ogień poszedł tramwaj linii 23