Pozew Komisji Europejskiej przeciwko Polsce do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, spowodowany zmianami w Sądzie Najwyższym, przerwał poszukiwania kompromisu w tej sprawie na polskim podwórku. I dobrze, bo Mateusz Morawiecki w ostatnim tygodniu posunął się zbyt daleko, by uniknąć zwarcia z Trybunałem w Luksemburgu. Świadczy o tym jego nieoficjalna wizyta w gabinecie pierwszej prezes Sądu Najwyższego, podczas której miał wyrazić gotowość do nowelizacji ustawy i częściowego odkręcenia reformy. Pod pewnymi warunkami, premier mógł wówczas podjąć próbę politycznego skorumpowania Małgorzaty Gersdorf.

Premier Mateusz Morawiecki /Wojciech Pacewicz /PAP

O tym, że premier gotów jest się cofnąć w sprawie Sądu Najwyższego, jako pierwszy poinformował Andrzej Stankiewicz. Dziennikarz Onetu przedstawił rzekomą propozycję Mateusza Morawieckiego dla Małgorzaty Gersdorf: profesor miałaby pozostać pierwszą prezes Sądu Najwyższego (wbrew uchwalonej przez PiS ustawie). Ustępstwa miałyby dotyczyć także pozostałych sędziów, którzy ukończyli 65 lat i zostali odesłani w stan spoczynku: mogliby albo wrócić do orzekania, albo zostać na wyjątkowo korzystnej sędziowskiej emeryturze.

Kuszenie w zaciszu sądowego gabinetu

Oferta premiera de facto oznaczała gotowość odkręcenia najbardziej kontrowersyjnych elementów reformy Sądu Najwyższego, co mogłoby zadowolić Komisję Europejską i powstrzymać pozew do TSUE. Co prawda taka sytuacja byłaby trudna dla polityków PiS - bo musieliby wytłumaczyć suwerenowi, że odesłani przez nich w stan spoczynku sędziowie, jednak wracają do pracy. Ale teoretycznie można sobie to wyobrazić. Bo suweren choć słyszał "ani kroku wstecz" w przypadku ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej, to musiał się pogodzić, że na polecenie Mateusza Morawieckiego (we współpracy z premierem Izraela), została ona całkowicie zmieniona. Zapewne więc i tym razem wierny elektorat dałby sobie wytłumaczyć, że takie działania rządu PiS są konieczne. Tyle tylko, że Małgorzata Gersdorf jest sędzią, a nie politykiem, z którym pokątnie można zawrzeć polityczny deal. I o tym Mateusz Morawiecki zapomniał. 

Moje źródła w rządzie potwierdziły, że PiS - za zgodą Jarosława Kaczyńskiego - było gotowe znowelizować ustawę o Sądzie Najwyższym. Jeden z ministrów przyznał również, że premier podczas wizyty w Sądzie Najwyższym jasno określił swoje warunki i oczekiwania wobec Małgorzaty Gersdorf. Wszystko to świadczy o tym, że ruch premiera był polityczną rozgrywką, w której profesor Gersdorf została potraktowana jak polityk czystej krwi. Premier przedstawił jej warunki, jakie musi spełnić, by pozostać pierwszą prezes (nie tylko na podstawie konstytucji, lecz także na mocy nowelizacji ustawy). Co więcej, miał też wyrazić nadzieję, że odesłani w stan spoczynku sędziowie, w zamian za wyższe wynagrodzenie, nie będą chcieli powrócić do orzekania. W zamian Małgorzata Gersdorf , wbrew swoim wcześniejszym wypowiedziom, miałaby uznać nową - wątpliwą konstytucyjnie - Krajową Radę Sądownictwa, której członkowie zostali wybrani przez polityków. Oznacza to, że w gabinecie pierwszego prezesa Sądu Najwyższego, premier zaoferował zmianę prawa w zamian za akceptację elementów kontrowersyjnej reformy wymiaru sprawiedliwości.

Próba politycznej korupcji?

Taki obraz sytuacji powinien rodzić poważne pytanie - czy owiane tajemnicą spotkanie - było próbą politycznego skorumpowania Małgorzaty Gersdorf? Dotychczas nikt go nie zadał, więc robię to po raz pierwszy. Bo jestem przekonany, że do takiej wizyty premiera w ogóle nie powinno było dojść. Na pewno nie w demokratycznym, dbającym o standardy praworządności kraju. Bo przecież nieoficjalna wizyta szefa rządu w gabinecie pierwszego prezesa Sądu Najwyższego nie jest standardem nawet w kraju o niezachwianym trójpodziale władzy. Kontakty na tym szczeblu dotychczas miały charakter formalny, dzięki czemu nie stwarzały okazji do tak poważnych podejrzeń. Ograniczały się do oficjalnej korespondencji, albo wizyty szefa rządu przy okazji Zgromadzeń Ogólnych sędziów Sądu Najwyższego. Tym razem po spotkaniu Morawiecki - Gersdorf nie powstała nawet żadna wewnętrzna notatka.

Powinna była o to zadbać pierwsza prezes Sądu Najwyższego. Bo przecież powinna mieć świadomość, że każdorazowe nieoficjalne spotkanie z politykiem, tym bardziej partii rządzącej - a już szczególnie z premierem - może budzić kontrowersje. Tym bardziej, że Małgorzata Gersdorf była oskarżana o robienie polityki po stronie opozycji poprzez stanie ze świeczką przed budynkiem Sądu Najwyższego, to czymże innym - jak nie robieniem polityki - jest tajemnicze spotkanie z szefem rządu? W dodatku, podczas którego, jak się później okazało, profesor również przedstawiła swoje "warunki brzegowe" kompromisu. Dla czystości całej tej sytuacji Małgorzata Gersdorf, powinna była się domagać protokołowania spotkania i poinformować opinię publiczną o jego przebiegu. Rozumiem, że nie zrobiła tego ze względu na "dżentelmeńską umowę" z premierem. Ale jeśli pierwsza prezes rzeczywiście usłyszała ofertę politycznego dealu, to właśnie tak powinna się zachować. Na szczęście dla wszystkich stron pozew do TSUE przerwał próby pokątnego dogadywania się. Choć wizyta premiera w gabinecie pierwszej prezes Sądu Najwyższego wykracza poza to, co wypada w demokratycznym państwie prawa.