"Wojna imperialistyczna przechodzi w wojnę kryminalną" - tak otwarty bunt lidera rosyjskich najemników przeciwko władzy w Rosji ocenia profesor Włodzimierz Marciniak. Były polski ambasador w Moskwie podejrzewa również, że pucz Jewgienija Prigożyna może mieć drugie dno, a za ostrą oficjalną słowną reakcją prezydenta Rosji Władimira Putina nie pójdą żadne zdecydowane czyny.

REKLAMA

Rozmawiałem z profesorem Włodzimierzem Marciniakiem - rosjoznawcą i sowietologiem - na temat możliwych scenariuszy, a nawet możliwych inscenizacji, kreowania prowokacji z udziałem grupy Wagnera. Od lat bardzo cenię analizy autora książki "Rozgrabione imperium: upadek Związku Sowieckiego i powstanie Federacji Rosyjskiej". I tym razem się nie zawiodłem.


Twoja przeglądarka nie obsługuje standardu HTML5 dla audio

W Rosji toczy się wojna bandycka - ocenia prof. Włodzimierz Marciniak w rozmowie z Bogdanem Zalewskim

Gdy czytam, słucham i oglądam relacje z Rosji i reakcje na świecie, mam nieodparte wrażenie déjà vu. Przecież ja już kiedyś byłem świadkiem takich wydarzeń! Przeżywałem identyczne emocje i snułem te same przypuszczenia. Bliźniaczo podobny pucz już miał miejsce w osłabionym rosyjskim imperium i wywołał we mnie analogiczne podejrzenia. Tak się złożyło, że zaczynałem wtedy pracę jako dziennikarz radiowy. Ten czas przypadł na politycznie gorące, letnie dni: 19-21 sierpnia 1991 roku.

Moim pierwszym publicystycznym zadaniem była analiza tak zwanego "puczu Janajewa". Tekst, który miałem wygłosić na antenie publicznego radia, został jednak odrzucony przez moich ówczesnych szefów. Uznali mój komentarz za szczyt ekstrawagancji. Z przebiegu zdarzeń w Rosji wyciągnąłem wniosek, że to nie żaden "pucz", czyli groźny antyrządowy bunt, próba zamachu stanu, ale "pic" to znaczy blaga, oszustwo, fałszerstwo grubymi nićmi szyte. Moi "cenzorzy" stwierdzili, że skusiła mnie jedynie gra słów "pucz/pic", efekciarska aliteracja, za którą nie kryje się żaden rozsądny namysł. Nie chcieli wystawiać poważnego medium na śmieszność, w dodatku bardzo ryzykowną. Dlatego dziennikarskiego młodzika, jakim byłem, potraktowali odpowiednio do sytuacji. Zuchwały, "lekki" tekst, który błyskawicznie wystukałem na ciężkiej, archaicznej maszynie do pisania, trafił do kosza w kącie redakcji.

Nauczony "za komuny" skrajnego sceptycyzmu wobec wszystkiego, co się wywodzi ze Związku Sowieckiego, uznawałem także postsowiecką "rzeczywistość" za efekt społecznej i politycznej hipnagogii. Byłem przekonany, że większość "wydarzeń" nie dzieje się naprawdę, że to zbiorowe omamy generowane przez (post)komunistycznych hipnotyzerów. Jeszcze nie mogłem określać tego mianem "matrixu", bo to był czas jeszcze sprzed słynnego filmu Wachowskich. Jednak mogłem odwołać się do terminologii Stanisława Lema, do jego fantomatyki opisanej w słynnej książce z lat 60. XX w. pt. "Summa Technologiae". Polski pisarz-wizjoner przewidywał nowe odmiany człowieczych doznań: Co może przeżywać człowiek podłączony do fantomatycznego generatora? Wszystko. Może wspinać się na ściany alpejskie, wędrować bez skafandra i maski tlenowej po Księżycu, zdobywać na czele oddanej drużyny w dzwoniącej zbroi średniowieczne grody lub biegun północny. Może być sławiony przez tłumy jako zwycięzca maratonu lub największy poeta wszystkich czasów i z rąk króla szwedzkiego przyjmować Nagrodę Nobla, kochać z wzajemnością Mme de Pompadour, pojedynkować się z Jagonem, aby pomścić Otella, być samemu zasztyletowanym przez siepaczy mafii.

Mafię Janajewa i jej pucz w Rosji uznałem za odmianę takiej wizji Lema, tyle że nieudolnie zrealizowaną przez postsowieckich "fantomatyków-fanatyków". Teraz czytam raz jeszcze- dla przypomnienia- opis tych zdarzeń z mojej młodości w wikipedycznym artykule. Pierwsza część hasła to oficjalna wersja "buntu" sprzed 32 lat.

Pucz moskiewski, pucz sierpniowy lub pucz Janajewa - próba powstrzymania rozpadu systemu komunistycznego (demokratyzacja życia, tendencje separatystyczne) w przeżywającym głęboki kryzys ekonomiczny Związku Radzieckim. Nieudany zamach stanu przeciw władzy prezydenta Związku Radzieckiego Michaiła Gorbaczowa, próba przejęcia władzy w Związku Radzieckim przez "twardogłowych" liderów Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego, przeprowadzona w dniach 19-21 sierpnia 1991 roku. Twórcy zamachu wykorzystali powszechne niezadowolenie biurokracji państwowej oraz armii wobec głasnosti i pieriestrojki (która miała osłabić władzę centralną na rzecz uprawnień republik), uwięzili Michaiła Gorbaczowa, a wiceprezydent Giennadij Janajew przejął jego stanowisko. Do Moskwy weszło wojsko radzieckie wyposażone w czołgi i otoczyło wszystkie ważniejsze gmachy. Przywódcy puczu nie mieli jednak klarownego scenariusza przewrotu ani wystarczającej determinacji, żeby go skutecznie wykonać. Sprzeciwiający się zamachowi prezydent Rosyjskiej Federacyjnej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej Borys Jelcyn (będący liderem obozu demokratycznego) bezzwłocznie przekształcił budynek rosyjskiego parlamentu w centrum oporu i unieważnił rozkazy nowego przywództwa. Borys Jelcyn uzyskał poparcie społeczeństwa, lojalnych jednostek wojskowych i międzynarodowe (zwłaszcza Stanów Zjednoczonych, np. funkcjonariusze Centralnej Agencji Wywiadowczej podsłuchiwali rozmowy przywódców puczu). Pucz Janajewa nie powstrzymał reform, a doprowadził do ich gwałtownego przyspieszenia, wynosząc przy tym do władzy Borysa Jelcyna, który zastąpił Michaiła Gorbaczowa (Borys Jelcyn toczył z Michaiłem Gorbaczowem nieformalną walkę o Kreml). Podczas puczu zginęło 15 osób.

Końcówka artykułu to jednak wyraźny sygnał, że rzekomo spontaniczna akcja była w jakimś sensie kontrolowana. Czy inscenizowana? Oceńcie sami, czy to była ustawka, maskarada ("maskirowka").

W 1994 roku Kolegium Wojskowe Sądu Najwyższego Rosji orzekło, że w 1991 roku w ZSRR nie było żadnego przewrotu. Sami uczestnicy puczu są zgodni, że Gorbaczow wspólnie z nimi przygotowywał wprowadzenie stanu wyjątkowego. W 2011 roku Michaił Gorbaczow przyznał, że wiedział o przygotowaniach do zamachu stanu, czemu wcześniej stanowczo zaprzeczał [potrzebny przypis].

Symptomatyczny artykuł napisał w 2012 Filip Memches na łamach "Rzeczpospolitej". Najbardziej dający do myślenia rozdział publicysta zatytułował "Polityka spektaklu".

Znamienny jest w tym kontekście fragment wspomnień generała Aleksandra Lebiedzia: "Była to genialnie zaplanowana i wyśmienicie przeprowadzona na ogromną skalę, niemająca precedensu prowokacja, której scenariusz napisano dla mądrych i głupich, a wszyscy świadomie lub nie odegrali swoje role". Lebiedź nazwał pucz spektaklem. Sam przyznał, że w ciągu dwóch dni miotał się między jedną stroną barykady a drugą, by ostatecznie stanąć u boku Jelcyna. (...) Amy Knight w książce "Szpiedzy bez maski" stwierdza, iż zamknięty w areszcie domowym na Krymie przez spiskowców Gorbaczow tak naprawdę popierał wprowadzenie stanu wyjątkowego. Tyle że chciał być postrzegany jako ofiara "betonu" i w ten sposób uwiarygodnić się w oczach opinii publicznej świata. Dzięki temu mógł lawirować i w efekcie poprzeć tego, kto wygrałby w tym konflikcie. Podobnie było z Jelcynem. Knight sugeruje, że bronił on Białego Domu (siedziby władz republiki rosyjskiej) w momencie, w którym nic mu ze strony zamachowców nie groziło. A potem był już tylko ciąg dalszy spektaklu. Mimo takich konsekwencji przegranej puczu jak delegalizacja partii komunistycznej i rozwiązanie KGB, znaczna część ludzi reżimu sowieckiego odnalazła się w nowych warunkach.

Czy i tym razem rosyjski reżim przygotowuje świat do rzekomych wielkich zmian, aby suchą stopą przejść przez morze krwi? Czy "pucz" to "pic" i "fotomontaż"? Pytanie otwarte. Pytanie: na jak długo?