Berlinka to Justyna Burzynski. Powinienem od razu dać tu erratę? Nie mówi się "berlinka", ale "berlinianka"? Wiem. Ale świadomie stosuję tu błąd w systemie. "Berlinka" u mnie to wyjątek. Burzynski to dla mnie wyjątkowa berlinianka. Na okładce jej książki "Taki jest Berlin. O mieście kontrastów i ciągłych zmian" czytamy taką charakterystykę autorki: "Wnikliwa obserwatorka berlińskiej codzienności. Po studiach, w 2012 roku, zamieszkała w niemieckiej stolicy. Od tego czasu aktywnie eksploruje bogatą ofertę miejskich artrakcji, w tym kulturę i życie nocne. Pisanie o Berlinie zaczęła od bloga berlinsko.com". A czym są tytułowe "linki"? To jak w Internecie - liczne odnośniki do innych stron. W moim imaginacyjnym wpisie - do innych stron Berlina. (Nigdy tam nie byłem.) "Linki" to także kolejne procesy "linienia"- "okresowego zrzucania zewnętrznych warstw ciała – naskórka, oskórka, pancerza, piór lub włosów – u niektórych zwierząt." Berlin wielokrotnie w swej historii przechodził takie "linki". I o tym także jest ten wywiad.

REKLAMA

Twoja przeglądarka nie obsługuje standardu HTML5 dla audio

Berlinka i linki

Berlinisch - to gwara stolicy. Niemiecki opanowany w szkole i na studiach jest przydatny podczas lektury w oryginale klasycznych powieści Tomasza Manna. Jednak, gdy już wyjdziemy z pluszowej niszy postnowoczesnej czytelni, oświetlonej przeczystym, białym światłem wysokiego słowa, uderza nas jak obuchem berlińskość brutalna, nieprzyjemna szorstkość, kanciaste gesty, "gęba" zamiast ust.

Ekstaza to nazwa klubowego narkotyku, laboratoryjny wynalazek, który zmienił świadomość młodych ludzi przełomu ostatnich dekad XX wieku. I nie chodzi wyłącznie o chwilowe hedonistyczne wrażenia, halucynacje jednej nocy. Ekstaza to także przenośnia - stan umysłu przeniesiony na myślenie o mieście.

Rave parties - szalone imprezki przy ekstatycznej, pulsacyjnej, re- re- pe- pe- ty- ty- repetytywnej muzyce, organizowane spontanicznie w plenerach lub postfabrycznych murach, kreowały nowe, cybernetyczne kompozycje przestrzeni, już nie berlińskiej ale cyberlińskiej.

Loopy czyli muzyczne pętle wyrażały nowy charakter życia w metropolii. Rozkład dnia tworzył ronda: na okrągło praca i rave'owe refreny.

Intensywność odświętnych klubowych wrażeń wywoływała zmysłowy głód na co dzień, sensoryczna ssawa żądała zaspokojenia w nowych formach doznań estetycznych: Berlin rodził masowo unikatowe gatunki hybrydycznych dzieci-kwiatów, wyrastających całymi seriami na techno-platformach.

Nomadzi w dzikich barwach, rażących oczy tradycyjnych Berlińczyków, masowo przybywali na słynne Love Parades, pozostawiając po sobie odurzającą mgłę i atmosferę nieskrępowanej swobody. Radykalnie zmieniali miejskie krajobrazy: pojawiały się rwące strumienie gotówki i wielkie góry śmieci.

Kolory się mieszały, Berlin przestawał być czarno-biały, podzielony mentalnym murem, rosła liczba obcokrajowców obcujących ze sobą na co dzień w wagonach metra multimetropolii i łączących się gęstą siecią powiązań z rodowitymi Berlińczykami.

Anarchia miała swoje dobre strony, oprócz stron całkiem złych: prawdziwa kreatywność kontra narkomania, przedsiębiorczość w ostrym jak igła sporze z apatycznością, brakiem apetytu na normalne życie, bez ekstremalnych wrażeń. Protestancki etos pracy wchodził w długotrwały konflikt z nirwaną "głodowej" choroby ... przerywaną kolejną dawką dragu.

Inny, mroczny Berlin - podobnie jak ten całkiem "cool" zupełnie nieobecny w tradycyjnych bedekerach, pięknych przewodnikach o pastelowych kolorach - pojawia się tu jako dopełnienie, jak film noir - na faktach i serio - po lekkiej komedii o niczym.

Leniwie przemierzać nie-książkowe pasaże, błąkać się po berlińskich bezdrożach odkrytych w dziurach w konstruktywistycznej nadorganizacji, odkrywać włazy do muzycznego podziemia, znikać po drugiej stronie lustra w skromnym lokalu na peryferiach, strategicznym w strukturze kontrkultur, kluczowym dla niejasnych oczekiwań.

Iluminacje świateł i iluminacje duszy mieszające się w oryginalnym rytuale turysty w niemieckiej stolicy, niesytego nowych związków, świeżych zapachów, świeżych odorów, bez różnicy.

Niemieckość całkiem tracąca niemotę, odzyskująca we mnie wygłodzony głos, jak całkiem niedawno w Pradze, mówiącej do mnie niemczyzną lektora-głodomora z kafkowskiego audiobooka w oryginale pt. .

Kreuję tu sobie w formie manifestu rewolucyjny gest metaturystyczny, stochastyczną wędrówkę po literach i cyfrach Berlinki.

Inspirowałem się w tej lingwistycznej podróży książką Justyny Burzynski, prywatny trip po Berlinie zorganizuję sobie sam. Nie sam. Zamienimy się razem z żoną w parodniowych Berlińczyków. We wspólnej cosplay zrzucimy w sekundę nasze stare skóry. A potem znów te nowe, już zużyte.