Sezon 2026 Formuły 1 rozpoczął się od prawdziwego trzęsienia ziemi na torze Albert Park w Melbourne. Mercedes wrócił do gry w wielkim stylu, a George Russell nie tylko sięgnął po zwycięstwo, ale i zdeklasował rywali. W cieniu triumfu Mercedesa rozegrał się dramat Oscara Piastriego, który po spektakularnej kraksie nie wystartował w domowym Grand Prix. Ferrari i Red Bull muszą przełknąć gorzką pigułkę – teraz to Mercedes rozdaje karty.
- Więcej aktualnych informacji z Polski i ze świata znajdziesz na stronie głównej RMF24.pl. Bądź na bieżąco.
Niedzielne popołudnie nad jeziorem Albert Park w Melbourne przyniosło kibicom Formuły 1 emocje, jakich nie widzieliśmy od lat. George Russell, startując z pole position, nie tylko sięgnął po swoje pierwsze zwycięstwo na australijskim torze, ale zrobił to w stylu, który nie pozostawił złudzeń - Mercedes jest gotowy na walkę o mistrzostwo.
Już podczas kwalifikacji bolid Mercedesa pokazał na co go stać, a Russell wywalczył pierwsze pole startowe. Jednak to, co wydarzyło się w wyścigu, przerosło oczekiwania nawet najbardziej zagorzałych fanów. Brytyjczyk przez pierwsze dziewięć okrążeń toczył zacięty pojedynek z Charlesem Leclerkiem z Ferrari - kierowcy zamieniali się prowadzeniem aż siedem razy, dostarczając kibicom prawdziwego spektaklu. Jednak po serii pit stopów i wirtualnej neutralizacji, Mercedes zaczął odjeżdżać reszcie stawki.
Russell, korzystając z twardych opon przez 45 okrążeń, utrzymał imponujące tempo i nie dał szans rywalom. Na mecie zameldował się niemal trzy sekundy przed swoim zespołowym kolegą, Kimi Antonellim, który już w debiucie pokazał, że nie znalazł się w Mercedesie przypadkowo. Ferrari musiało zadowolić się trzecim miejscem Leclerca, który stracił do zwycięzcy ponad 15 sekund.
"Świetna robota, wszyscy! Dawno nas tu nie było" - cieszył się Russell przez radio tuż po przekroczeniu linii mety. Jego entuzjazm był w pełni uzasadniony - Mercedes nie tylko wygrał wyścig, ale i zdominował rywali.
W cieniu sukcesu Mercedesa rozegrał się dramat Oscara Piastriego. Australijczyk, który miał startować z piątego pola i liczył na świetny występ przed własną publicznością, rozbił swój bolid już podczas okrążenia zapoznawczego. Uderzenie w barierę po wyjściu z czwartego zakrętu zakończyło jego udział w wyścigu, zanim ten na dobre się rozpoczął.
Piastri przyznał, że zaskoczyło go nagłe zwiększenie momentu obrotowego w samochodzie, ale nie zrzucał winy wyłącznie na maszynę. Jest w tym duży element mojej winy. Zimne opony, nie musiałem korzystać z tego krawężnika. Ale miałem też niespodziewane 100 kW dodatkowej mocy - tłumaczył rozczarowany kierowca McLarena.
To rozczarowujący wypadek, zwłaszcza tutaj, w domu. Ale Oscar to twardy zawodnik, wróci silniejszy - mówił później szef zespołu Zak Brown.
Nie był to łatwy dzień także dla innych. Lando Norris, obrońca tytułu i kolega Piastriego z McLarena, finiszował dopiero na piątym miejscu, tuż za siedmiokrotnym mistrzem świata Lewisem Hamiltonem, który w tym sezonie reprezentuje barwy Ferrari. Max Verstappen, czterokrotny mistrz świata, musiał zadowolić się szóstą lokatą, chociaż tu trzeba zaznaczyć, że startował z 20. pozycji. Red Bull borykał się jednak z problemami technicznymi - Isack Hadjar nie ukończył wyścigu.
Nowa era silnikowa w Formule 1 już na starcie okazała się wymagająca. Zaledwie 20 z 22 zgłoszonych bolidów stanęło na starcie - Audi wycofało Nico Hülkenberga tuż przed wyścigiem z powodu awarii. Kolejne trzy samochody nie dojechały do mety, a kierowcy podkreślali, jak trudne są nowe jednostki napędowe, wymagające zupełnie innego podejścia do zarządzania energią i odzyskiwania mocy.
Sezon 2026 zapowiada się więc fascynująco - Mercedes wraca do gry, Ferrari i Red Bull muszą szukać rezerw, a młodzi kierowcy, jak Kimi Antonelli, już w pierwszym wyścigu udowadniają, że są gotowi na wielkie wyzwania.