O trwającej od 2022 roku wojnie, na Ukrainie zwykło się już mówić "pełnomassztabka". To zdrobnienie i skrót od повномасштабне вторгнення, czyli pełnoskalowa inwazja. Pod taką nazwą w społeczeństwie naszych wschodnich sąsiadów i ich codziennej komunikacji funkcjonuje rozpoczęta przed czterema laty przez wojska Putina wojna. Każdy jednak wie, że za tym słowem nie kryje się nic miłego, jak to zwykle w przypadku zdrobnień. Kryje się za to śmierć, cierpienie, łzy, ucieczka, inwalidztwo, traumy, tęsknota czy strach. Można by wymieniać jeszcze długo… Jedno jest pewne: do pełnomassztabki nikt i nic nie jest w stanie się przygotować na tyle, by ta nie zostawiała śladów w ludzkim życiu. Bez względu na to, czy to wschód, centrum, czy zachód Ukrainy.

REKLAMA

  • Po więcej aktualnych informacji zapraszamy na RMF24.pl.

Cztery lata po rozpoczęciu wojny odwiedzam Lwów. Miasto, które w 2022 roku stało się centrum przesiadkowym i tymczasowym schronieniem dla setek tysięcy ludzi, uciekających przed wojną. W pewnym momencie na początku inwazji przyjechało tu około dwóch milionów tzw. uchodźców wewnętrznych. Spora część pojechała następnie dalej na zachód, część po przeczekaniu najgorszego - wróciła do siebie. Teoretycznie we Lwowie wojny nie widać - na ulicach nie ma czołgów, zniknęły też wielkie checkpointy na rogatkach miasta, alarmy przeciwlotnicze są rzadsze niż np. w Kijowie. Czy to jednak znaczy, że tej części kraju wojna nie dotyczy? Ktoś, kto nie chce wojny zobaczyć to i tak jej nie zobaczy. Nam przychodzi żyć w strachu i niepewności. Tu u nas we wsi każdy ma kogoś, kto pojechał na front i albo już nie wrócił, albo przepadł bez wieści - słyszę od starszej kobiety, mieszkanki Kulikowa - małej miejscowości na trasie między granicą a Lwowem. O czterech latach "pełnomassztabki" porozmawiałem ze zwykłymi mieszkańcami, władzami, ale też tymi, którzy wojenną zawieruchę widzieli i odczuli na własnej skórze oraz tymi, którzy starają się pomóc im wrócić do normalnego życia. Po kolei.

Wołodymyr

Kiedy spotykamy się na rozmowę, Wołodymyr siedzi przy stoliku z innym młodym mężczyzną. Obaj to żołnierze, obaj walczyli na froncie i obaj wrócili z niego z poważnymi ranami. Na zewnątrz i w środku - w psychice. Mój rozmówca do okopów już pewnie nie wróci - w strefie walk stracił nogę, ale nie siedzi za zamkniętymi drzwiami swojego domu. Jego wiedza, doświadczenie, ale też opanowanie i wojskowy autorytet przydają się teraz gdzie indziej. Jest mentorem w powstałym już w czasie wojny centrum rehabilitacyjnym dla weteranów. Do tej placówki jeszcze wrócimy. Zanim zaczynamy nagrywać, rozmawiamy chwilę. O co będziesz pytał? - słyszę. O to, czy człowiek jest się w stanie przygotować do tego, z czym wiąże się wojna - odpowiadam. Wołodymyr, który miał być prokuratorem, bo do tego zawodu się uczył, chwilę się zastanawia. Po chwili zadumy zaczyna mówić. Kiedy spada obok Ciebie KAB, FAB albo jakaś inna rakieta i nawet DNA po tobie nie zostaje, a potem rodzina żyje w przekonaniu, że zniknąłeś bez wieści, co jest chyba najtrudniejsze. Kiedy żyjesz dwa-trzy lata, nie wiedząc nawet, gdzie zginął twój syn, nie masz nawet fragmentu ciała, żeby móc cokolwiek pochować. (...) Inna sprawa to moment, kiedy przychodzi ci zebrać twojego towarzysza broni, z jakim robiłeś nie jedną robotę i wiesz o nim wszystko - do plastikowej torby, a potem zawieźć taki fragment do niego do domu i wyjaśnić bliskim, co się stało. Na to wszystko nie przygotuje cię żadne szkolenie, kurs albo trening - odpowiada Wołodymyr.

Tym, co najbardziej go przerażało na polu bitwy, była - jak mówi - odpowiedzialność za swoich ludzi. Jako oficer i dowódca kompani miał ich pod sobą ponad stu. Przed kontrofensywą, jeszcze latem 2023 roku szykowałem swoich żołnierzy, dokładnie 140. Każdy się bał. Nie widziałem ludzi, którzy na wojnie się nie boją. Prędzej czy później sam miałem ataki paniki. To są takie chwile, że nad tym nie panujesz. Organizm sam reaguje w ten sposób na stres. Gdybym był np. biznesmenem i zrobił jakiś błąd, to moi ludzie po prostu przyniosą mniej pieniędzy do domu na koniec miesiąca, ale jeżeli popełnię jakiś błąd jako dowódca i podejmę nieprawidłową decyzję, to czyjaś mama, czyjś ojciec albo syn nie wrócą do domu - tłumaczy żołnierz, który dziś o swoich traumach mówi otwarcie, nie kryje tego, że strach i przerażenie wciąż do niego wraca. Do rozmowy o tym zachęca też wszystkich swoich podopiecznych, bo jak sam mówi - PTSD w żadnym stopniu nie widać na zewnątrz, ono jest w środku, a kumulowane, coraz bardziej wyniszcza.

Twoja przeglądarka nie obsługuje standardu HTML5 dla audio

Wołodymyr: Nie bałem się śmierci

Wołodymyr pochodzi z miasta Sarny. Po ukończeniu szkoły prawniczej zrezygnował ze stażu w prokuraturze. Przerażało go to, że kierownictwo próbowało naciskać na niego, jak ma rozpatrywać przydzielone sprawy. Zanim trafił na tzw. zerówkę, czyli na to miejsce na froncie, gdzie dochodzi do ciągłego kontaktu z wrogimi wojskami - pracował w samorządzie. Zajmował się też własną działalnością, tworząc materiały audio-wideo na zlecenie. Do wojska - jak mówi - wstąpił z potrzeby serca. Ma żal do władz i systemu o to, jak działało dowodzenie armią na samym początku. Mieliśmy w szeregach wojska takich dowódców i oficerów, którzy uczelnie wojskowe kończyli wiele lat temu, niemających pojęcia o realiach pola walki. Oni podejmowali często złe decyzje, narażając wielu chłopców - wyjaśnia. Mój rozmówca podkreśla jednak, że w porę wyciągnięto wnioski i teraz ta sytuacja wygląda już nieco inaczej. Sam miałem w swoim oddziale chłopców, którzy byli sierżantami, byli daleko od stopni oficerskich, ale na nich można było zawsze i wszędzie i polegać. To są cechy dobrego przywódcy i o to chodzi w tej wojnie, żeby mieć takie cechy i móc odpowiedzialnie dowodzić zespołem - podsumowuje.

Twoja przeglądarka nie obsługuje standardu HTML5 dla audio

Wołodymyr: Zagrożenie weryfikuje, na kim możesz polegać

Człowiek, który siedzi naprzeciwko mnie, przeszedł w swoim młodym jeszcze życiu, tyle, że wystarczyłoby na rozdzielenie między co najmniej kilka życiorysów. Dochodzimy do momentu w naszej rozmowie, kiedy rozmawiamy o tym, co dzieje się "po" - kiedy żołnierze wracają do domu, kiedy starają się wrócić do normalnego życia. Wołodymyr irytuje się, kiedy mówią o takich jak on "bohaterzy" i zapewnia, że ani przez chwilę się nim nie czuł. Jesteśmy prostymi i normalnymi chłopakami i dziewczynami, którzy po prostu chwycili za broń, chcąc ochronić naszą ojczyznę i naszych ludzi. Jak pokazuje praktyka, nie tylko naszych ludzi i nasz kraj, ale i całą Europę - podkreśla. O tym, co widział na froncie, mówi jako o czymś, co jest ponad ludzki wysiłek, organizm i psychikę. Drugi etap tej "nadludzkiej roboty" zaczyna się jednak już tu, w teoretycznie bezpiecznym miejscu, po powrocie. Komuś oderwało rękę, komuś innemu nogę, ktoś nie widzi, a jeszcze ktoś następny nie ma pół twarzy, bo poparzyła mu ją eksplozja. Poranienia są różne. Musimy o nich mówić naszemu społeczeństwu i do nich przyzwyczajać - tłumaczy Wołodymyr, który często odwiedza przedszkola i szkoły, pokazując dzieciom protezę.

Po to, żeby rozumieli, że to jest teraz normalna część mojego ciała, jakie przeszło zmiany po działaniach bojowych. Po to, żeby kiedyś stojąc na przystanku, nie wytykały nas palcami i nie pytały - o, a co temu dziadkowi się stało? Musimy jako weterani komunikować się z tą częścią społeczeństwa, jaka nie była na wojnie.

Twoja przeglądarka nie obsługuje standardu HTML5 dla audio

Wołodymyr: Każdy głupi tekst powoduje kolejną mentalną traumę

W terapii traum wojennych, w przypadku leczenia ich u żołnierzy - kluczowe jest to, żeby jej elementem byli ci, którzy przeszli przez podobne piekło. To jedno. Drugie - to zachowanie ścisłego harmonogramu zadań. Chłopcy, którzy wykonywali zadania, rozkazy, mieli wypełnioną każdą minutę, nagle trafiają do miejsca, gdzie nie muszą tego robić, nie mają nad sobą żadnego dowódcy. Dlatego staramy się organizować im czas, przydzielamy konkretne zadania. To oczywiście nie są zadania bojowe, ale np. zadania typu wyjście na koncert, do teatru. Muszą się stawić tu i tu o tej i o tej godzinie. Albo jedziemy gdzieś za miasto, robimy grilla, jesteśmy w swoim gronie. Rozmawiamy - tłumaczy Wołodymyr. Takie właśnie metody stosuje Centrum Zdrowia Mentalnego lwowskiego centrum Unbroken, w którym młody oficer pracuje obecnie jako mentor dla ludzi wracających z frontu i zmagających się z wewnętrzną walką.

Cztery lata wojny tu na tzw. tyłach? Zmieniliśmy się jako ludzie, jako społeczeństwo. Tylko dzięki temu, że nasi robią swoją robotę, nad Lwów nie dolatuje tyle rakiet, ile wystrzeliwują Rosjanie. Powinniśmy dziękować Bogu, że możemy się spokojnie położyć spać i rano móc wstać. W tym wszystkim towarzyszy nam strach, tęsknota, depresja. Z tym musimy już umieć żyć i z tym walczyć. To już taki nowy styl życia - podsumowuje Wołodymyr.

Witalij

Jednym z pacjentów centrum rehabilitacji Unbroken we Lwowie, którego spotykam w tej placówce, jest Witalij. Również młody mężczyzna, który dobrowolnie zgłosił się do wojska, kiedy tylko Rosjanie zaatakowali jego kraj. Dostał się do armii w drugim naborze. Jak dziś mówi - żałuje, że tak późno. Był jednym z tych, którzy w odpowiedzi na agresję na Ukrainę zajęli na krótko część obwodu Kurskiego w Rosji. W walkach stracił całą prawą rękę, czeka właśnie na protezę. Kiedy pytam, czy wróciłby na front, bez wahania odpowiada twierdząco. Jak przejechałem granicę ukraińsko-rosyjską to jakoś tak ciężej zrobiło się na duszy, bo wiedziałem, jak to się może skończyć i wolałbym być jednak u siebie. Rękę straciłem w bezpośrednim starciu, stało się, jak się stało - widocznie tak miało być - mówi. Witalij przekonuje, że łatwiej mu żyć, dzięki terapii, ale tylko dzięki temu, że przybiera ona nietypową formę. Nie ma siedzenia w gabinecie i długich rozmów z terapeutą, który nie ma zielonego pojęcia o przeżyciach, które pacjent ma na swoim koncie. W czasie mojej rehabilitacji tu zobaczyłem tyle, ile nie widziałem przez całe swoje życie. Chodzę do teatru, zabierają nas na lekcje jazdy konnej, na boks, strzelamy z łuku, czego tam tylko zapragniesz. Wojna mnie zmieniła, jestem innym człowiekiem, ale nie boję się powiedzieć, że na lepsze. Przedtem byłem agresywny, a teraz - mało co jest w stanie mnie sprowokować. Widzę, jak bardzo błahe to są sprawy i wiem, że można je załatwić zupełnie inaczej. Witalija zapytałem o prognozę na przyszłość dla jego kraju. Nie jest optymistą w tej kwestii. Nie ufa też międzynarodowym negocjacjom.

Wojna tak szybko się nie zakończy, to nie takie proste. Samo wyprowadzenie wojsk nie wystarczy. Duża część terytorium jest wciąż pod okupacją, dużo ludzi ma interes w tej wojnie. Myślę, że prędzej czy później się zakończy. Cena będzie bardzo wysoka, ale mam nadzieję, że to się opłaci i wszystko zmieni się na lepsze. - podsumowuje weteran.

UNBROKEN, czyli Niezłomni

Władze Lwowa szacują, że kiedy wojna się skończy, w mieście i najbliższej okolicy, ludzi takich jak Wołodymyr czy Witalij będzie około stu tysięcy. To osoby, które będą potrzebowały pomocy w sensie fizycznym, czyli rehabilitacji, protez i leczenia oraz w sensie mentalnym - terapii. Potrzebować będą jej zapewne także ich bliscy. Dlatego miasto już w pierwszym roku wojny rozpoczęło budowę wielkiego centrum rehabilitacji Unbroken, przyłączonego do lwowskiego szpitala im. św. Pantaleona. To szereg pracowni fizjoterapeutycznych, pracownia protez, ale też jedna z najważniejszych jego części - centrum zdrowia psychicznego. Ta nowoczesna placówka wyposażona w najnowocześniejsze maszyny i sprzęt. Powstała m.in. dzięki wsparciu międzynarodowemu. W podziękowaniu poszczególne piętra nowego budynku nazwano miastami partnerskimi, które wsparły inicjatywę. Pierwsze piętro nazywa się Warszawa.

Sto tysięcy ludzi. Pan rozumie, jaka to jest siła? - pyta Andrij Sadowy, mer Lwowa, kiedy spotykamy się u niego w gabinecie, w lwowskim ratuszu. Plany są ambitne, bo oprócz głównego budynku, który już działa, każdego dnia rehabilituje i przyjmuje pacjentów-weteranów z całej Ukrainy, w jego otoczeniu mają znaleźć się nowe, z kolejnymi gabinetami, pracowniami czy zapleczem socjalnym i mieszkaniowym dla pacjentów z odległych zakątków kraju. Mer Sadowy nazywa to "ekosystemem Unbroken".

Każdy z tych ludzi będzie potrzebował pomocy, dlatego już dziś robimy takie gałęzie tej pomocy jak Unbroken Sport, Unbroken Art. Wszystko to robimy, żeby ci ludzi odczuli takie ciepło, że to wszystko jest przygotowane. Każde miasto powinno o tym pomyśleć. Lwów ma może trochę lepszą sytuację. Zyskujemy w rankingu GDP, mamy wielu inwestorów z zachodu, ale mamy też większą odpowiedzialność. Do dziś mieszka u nas około 150 tysięcy uchodźców wewnętrznych. Nadal przyjmujemy rannych i są to nie tylko wojskowi, ale i cywile - osoby starsze i dzieci - mówi mer Lwowa Andrij Sadowy.

Twoja przeglądarka nie obsługuje standardu HTML5 dla audio

Mer Lwowa Andrij Sadowy: Zagrożenie ze strony Rosji jest bardzo poważne

Kiedy spotykamy się z merem Lwowa, mija kilka dni od zamachu, w którym zginęła 23-letnia policjantka, a jej 19 kolegów zostało rannych. Eksplodowały ładunki wybuchowe podłożone w koszu na śmieci tuż przy sklepie obuwniczym. Służby otrzymały fałszywe zgłoszenie o tym, że ktoś próbuje się do niego włamać. Kiedy patrol przyjechał na miejsce - wybuchła pierwsza improwizowana bomba. Kiedy podjechał drugi - eksplodowała następna. Za zamachy odpowiadała 33-latka z obwodu Rówieńskiego. Udało się ją zatrzymać kilka godzin po zamachu, kiedy szła pieszo w kierunku zachodniej granicy. Przyznała się, że ze swoimi mocodawcami kontaktowała się przez internetowy komunikator. Ukraińskie służby krótko później zakomunikowały, że działała na zlecenie Rosjan. Za to, co zrobiła, grozi jej dożywocie.

To jest nowy sposób działania Rosjan. Takich aktów dywersji może być więcej - komentuje Andrij Sadowy. Każde miasto może być celem, Rosja maksymalnie wykorzystuje propagandę i stara się szukać ludzi, których będzie wykorzystywać do aktów terroru - podkreśla mer.

Dzień po naszej rozmowie odwiedzam jedną z podlwowskich wsi. Kiedy nagrywam jej mieszkańców przy memoriale upamiętniającym poległych na froncie z tej okolicy, podchodzi do mnie trzech młodych chłopaków, sami zagadują - O czym robisz reportaż? Chwilę rozmawiamy, po czym zauważam, że zdecydowanie łatwiej mówić im po rosyjsku. Skąd jesteście? - pytam. Jeden z nich spod Mikołajowa, a dwaj pozostali z okolic Ługańska. Nas to wszystko za bardzo nie interesuje, my się tu chowamy przez TCK (wojskowe biura poborowe - przyp. red.) Chcemy przeczekać i nie rozumiemy, dlaczego tu wszyscy chcą mówić tylko po ukraińsku, skoro my rosyjskim posługujemy się od urodzenia - mówią.

O to, co usłyszałem od tej grupki, zapytałem nieoficjalnie przedstawiciela lwowskich służb zajmujących się bezpieczeństwem. To jest właśnie duże zagrożenie, tacy ludzie, którzy nie są tak naprawdę po żadnej ze stron. Bezideowi, łatwo nimi manipulować, są bardzo łatwym celem dla wroga jako potencjalni współpracownicy - usłyszałem.

Zagrożenie aktami dywersji oraz to, że również na zachodniej Ukrainie są ich potencjalni wykonawcy, to kolejny przykład tego, że także w tej części kraju naszych wschodnich sąsiadów - wojna, choć w innym wymiarze niż np. na Donbasie czy w okolicach Charkowa - trwa.

Szpital dziecięcy

Jestem chirurgiem, ale musiałem nauczyć się być także psychologiem, tak by skutecznie pomóc naszym pacjentom - podsumowuje cztery lata pracy w czasie trwającej na Ukrainie wojny chirurg dziecięcy Andrij Dworakiewicz. Jego placówka - szpital dziecięcy im. św. Mikołaja we Lwowie do dziś przyjmuje małych pacjentów z tych miejsc na Ukrainie, gdzie skuteczna pomoc nie jest możliwa. Było tak choćby kilka tygodni temu, kiedy do tej lwowskiej lecznicy trafiły dzieci z zaatakowanego Tarnopola. Przez cztery lata wojny medykom udało się wypracować odpowiednie procedury, odbyli też szereg zagranicznych staży - innymi słowy, mają zdecydowanie więcej doświadczenia z tak rozległymi urazami u małych pacjentów, niż krótko po rozpoczęciu rosyjskiej inwazji. Teraz to oni mogą dzielić się swoją praktyczną wiedzą z kolegami po fachu z zachodu, którzy wspierali ich na początku.

Takiej skali i takich urazów, nikt nie był w stanie przewidzieć. Mieliśmy ciągle pacjentów z ostrymi, wojennymi urazami. To były głównie rany po eksplozjach, a to oznacza, że rany i tkwiące w nich odłamki są na całym ciele. Zorganizowaliśmy specjalny, multidyscyplinarny zespół lekarzy. Nikt sobie nawet nie wyobrażał, że coś takiego może się wydarzyć we współczesnym świecie. Nikt nie był gotowy na taką liczbę pacjentów, ale też na takie ciężkie stany pacjentów - tłumaczy Zoriana Iwaniuk, zastępczyni dyrektora szpitala.

Placówka na początku wojny musiała ewakuować część dzieci przewlekle chorych, m.in. do Polski po to, by móc zająć się pacjentami wymagającymi natychmiastowej pomocy w związku z urazami. Liczba przybywających do tej lwowskiej lecznicy była na tyle duża, że na zachód, w tym m.in. do Polski trafiły też dzieci wymagające zabiegów i leczenia, po tym, jak zostały ranne w rosyjskich atakach. Jedną z takich ewakuacji wspomina dr Dworakiewicz: Mieliśmy pacjentów z urazami po eksplozjach. Po tym, jak stabilizowaliśmy ich w szpitalu, polscy wolontariusze, ratownicy i lekarze karetkami zabierali ich do Polski na leczenie. Część pojechała też na zachód Europy do tamtejszych klinik. Nasi pacjenci byli przerażeni wojną, byli z innych terenów, często bez rodziców i bez ich wsparcia, bo albo zginęli, albo przepadli bez wieści, albo ewakuowano tylko dzieci. One wymagały szczególnej troski, a takiej liczby psychologów nie mieliśmy, żeby z każdym dzieckiem pracować - wyjaśnia chirurg. Dlatego tę rolę brali na siebie często lekarze. Dziś takie ewakuacje za granicę to już rzadkość, ale wyzwania dla personelu placówki, zwłaszcza jeśli chodzi o kontakt z dziećmi w głębokiej traumie - nadal pozostają aktualne.

Było tak w przypadku małych pacjentów przywiezionych niedawno z ostrzelanego Tarnopola. Szpital im. św. Mikołaja podzielił się kilka dni temu dobrą nowiną odnośnie jednej z pacjentek z tej grupy. 14-letnia Nastia postawiła pierwsze kroki po rehabilitacji! Na tym dobrych wiadomości koniec. Dziewczynka we wspomnianym ataku, który miał miejsce pod koniec ubiegłego roku - straciła mamę, dziadka i swój rodzinny dom. Lada chwila będzie mogła opuścić szpital, a to dla nastolatki, która teoretycznie trudy dorosłego życia ma jeszcze przed sobą - będzie wiązało się z próbą odnalezienia się w zupełnie nowej rzeczywistości. Dziś wspomina, że wszystko trwało kilka sekund, a uderzenie miało miejsce wtedy, kiedy razem z rodziną zbiegali po klatce schodowej do schronu. Było już o chwilę za późno. Uderzyły we mnie płomienie i gęsty dym. Ciężko było mi oddychać. Mama straciła przytomność na moich rękach. Po chwili się zorientowałam, że ona i dziadek nie żyją - wspomina dziś 14-latka. Na skutek ostrzału w Tarnopolu zginęło wtedy 38 osób, z których ośmioro to dzieci.

Nastia pierwsze dni w szpitalu im. św. Mikołaja spędziła na intensywnej terapii. Przez blisko tydzień dziewczyna oddychała dzięki aparaturze, przez rurkę tracheotomijną, a anestezjolodzy co cztery godziny musieli podawać jej silne leki przeciwbólowe. Dopiero po tym, jak udało się ustabilizować jej stan, trafiła na chirurgię. Tam, z 15 proc. poparzonego ciała przeszła kilka poważnych operacji. Po dwóch miesiącach w szpitalu niebawem będzie mogła z niego wyjść. W Tarnopolu trafi pod opiekę babci, która przeżyła atak. Największym marzeniem dziewczyny jest powrót do sportu. Przed atakiem, trenowała w szkolnej sekcji koszykówki.

Z punktu widzenia lekarza na Ukrainie nie ma teraz bezpiecznego miejsca - komentuje Denys Rukow, anestezjolog ze Szpitala im. św. Mikołaja we Lwowie. Rakiety balistyczne, jakie uderzają w Kijów, które są wystrzeliwane z terytoriów przygranicznych w Rosji, dolatują tam w trzy minuty. Te, które dolatują do nas, docierają tu w około siedem minut. Po prostu mamy dzięki temu trochę więcej czasu, żeby przygotować systemy obrony przeciwlotniczej. Cała reszta nie różni się niczym - podkreśla dr Rukow.

Twoja przeglądarka nie obsługuje standardu HTML5 dla audio

Denys Rukow, anestezjolog: Rany po wybuchu nigdy nie są takie same

Ułamki z eksplodujących dronów czy rakiet balistycznych, jak wyjaśnia doktor Rukow - powodują właśnie wspomniane przez niego urazy, charakterystyczne dla wysokoenergetycznej broni. Ran na ciele pacjenta, w których najczęściej tkwią też metalowe fragmenty, jest w takiej sytuacji dziesiątki, jeśli nie setki.

Żałoba, tęsknota i niepewność

Na polu Marsowym przy cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie zabrakło już miejsca. Ludzi trzeba chować gdzie indziej. To kolejny przykład, który pokazuje, jak bardzo wojna jest zauważalna i odczuwalna także na zachodniej Ukrainie. Mimo że front jest oddalony o kilkaset kilometrów od tego miasta, bardzo wielu jego mieszkańców walczyło lub dalej walczy w obronie ojczyzny. W dniu czwartej rocznicy rosyjskiej agresji setki Lwowian przyszły na główną nekropolię, by zapalić znicze i położyć kwiaty na grobach tych, którzy do domów już nie wrócili. Uroczystości upamiętniające poległych od lutego 2022 roku odbywają się tam co pewien czas. Są połączone z uroczystym śpiewem, modlitwami i iluminacją świetlną. Różni je tylko liczba przychodzących na cmentarz ludzi. Ze spotkania na spotkanie jest ich coraz więcej. Kiedy na chwilę milknie śpiew duchownych, po cmentarzu niesie się szloch tych, którzy stracili na wojnie kogoś bliskiego. Tak jak np. Marta, która przyniosła ze sobą naręcze białych róż i zapalony znicz. Jej mąż zginął kilka miesięcy po rozpoczęciu rosyjskiej inwazji, walczył na wschodnim odcinku frontu.

Twoja przeglądarka nie obsługuje standardu HTML5 dla audio

Uroczystości na cmentarzu Łyczakowskim cz. 1

Wśród tych, którzy przychodzą na cmentarz, są też tacy, którzy żyją nadzieją. Ich bliscy albo zaginęli bez wieści, albo trafili do rosyjskiej niewoli. Od ponad miesiąca na informacje o swoim bracie czeka Olga, mieszkanka Lwowa, która ma nadzieję, że niebawem się z nim spotka. Wieczorne uroczystości, nie tylko przy okazji rocznicy to też okazja do rozmowy z tymi, którzy przechodzili, albo przechodzą przez to samo. Coś w rodzaju nieformalnej grupy wsparcia.

Twoja przeglądarka nie obsługuje standardu HTML5 dla audio

Uroczystości na cmentarzu Łyczakowskim cz. 2

Mogił przybywa nie tylko na głównym cmentarzu Lwowa. Wystarczy wyjechać za miasto, by na małych, wiejskich cmentarzach zobaczyć sporą liczbę żółto-niebieskich flag, które oznaczają poległych na froncie i coraz to nowsze mogiły. Tak zresztą po czterech latach wojny na Ukrainie wygląda większość cmentarzy w tym kraju. Dokładnie tak samo jest właśnie w zachodniej części, blisko polskiej granicy, gdzie ze względu na odległość od frontu, sytuacja wydaje się spokojna.

Kulików to mała miejscowość między Lwowem a Żółkwią. Bliżej stąd do Warszawy niż Charkowa czy Kijowa. Teoretycznie to więc spokojne miejsce, bez czołgów w pobliżu i ciągłych nalotów. Wojna jest jednak w ludziach.

Bliscy części mieszkańców zginęli na froncie. Inni przepadli bez wieści. Chrześniak mojej babci został ranny. Przyjechał właśnie na rehabilitację - mówi mi młody chłopak z Kulikowa. Rozmawiamy przy memoriale, który stanął w centrum wsi. To kilkadziesiąt portretów tych, którzy oddali życie na froncie. Młodzi ludzie. Roczniki części z nich - od 2000 w górę.

Ludzie są w ciągłej niepewności, w żałobie i strachu. Dzieci szkoda, im jest ciężko. My starzy jakoś sobie radzimy. Raz jest światło, raz nie ma. Przez tę wojnę na każdym cmentarzu flagi, nasi chłopcy tam leżą. Młodzi. Mogliby jeszcze żyć i żyć - mówi jeden ze starszych mieszkańców.

Przyszłość


W Ukrainie, a przynajmniej w jej zachodniej części, którą odwiedziłem w związku z czwartą rocznicą rosyjskiej agresji, mało kto dziś prognozuje, jak mogą wyglądać najbliższe miesiące. Jedni z nadzieją spoglądają na międzynarodowe negocjacje, inni absolutnie nie wierzą w ich powodzenie. Ci drudzy, prawdę mówiąc, są w większości. Jeszcze inni stracili zaufanie do władzy, a kolejni - mówią, że Zełenski to najlepszy prezydent, jakiego ma ten kraj. Każdego łączy natomiast jedno - to, żeby w piątą rocznicę, a najlepiej zdecydowanie wcześniej - o toczącej się wojnie, mówić w czasie przeszłym. Nawet jeśli ludzie są już zmęczeni wojną, na żadnym kroku nie spotkałem człowieka, który byłby gotów się poddać. To, mimo wielu różnic i społecznych podziałów cecha, z której Ukraińcy mogą być dumni.