"Postanowiłem ustanowić nowy rekord, którego nie ma w Księdze Rekordów Guinessa. To miała być jazda w czasie 48 godzin w ekstremalnych warunkach zimowych, w jak najniższych temperaturach. Dlatego to odbyło się w najzimniejszym punkcie na ziemi, w Jakucji. W miejscu, gdzie panują mrozy sięgające minus 60 stopni Celsjusza. Przez dwie doby jechałem tam na rowerze non stop, bez snu" - mówi w rozmowie z RMF FM Valerjan Romanovski, inżynier w warszawskiej Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego, który od lat interesuje się badaniem możliwości ludzkiego organizmu i ma na swoim koncie pięć rekordów Guinnessa w jeździe ciągłej na rowerze górskim. Swoje wyczyny dedykuje chorym na nowotwory krwi pokazując przy tym, że oni również muszą walczyć ze słabością swojego organizmu.

Valerjan Romanovski na trasie /Materiały prasowe

Michał Dobrołowicz, RMF FM: Jaka była temperatura, gdy pobił pan rekord Guinnessa?

Valerjan Romanovski: Temperatura się wahała. Najwyższa temperatura to  minus 30 stopni Celsjusza, a najzimniej minus 45 stopni.

Który moment tych dwóch dób był najtrudniejszy?

Oczywiście to była ta druga doba, bo trzeba pamiętać, że w takich warunkach całkowicie inaczej funkcjonuje organizm. Po pierwszej dobie byliśmy już całkowicie wyczerpani, a trzeba było wytrwać jeszcze jedną dobę. Zdecydowanie najtrudniejsza była druga doba tuż przed świtem. Trzeba pamiętać, że tam noc trwa trochę dłużej niż u nas.

Jaki dystans pan pokonał przez te 48 godzin?

Dystans może nie powala, bo to jest niecałe 400 kilometrów. Przyznaję, że trasa nie była łatwa. Było dużo śniegu i trzeba było się kopać w tym śniegu. Tam nie ma miejsca bez śniegu, wszędzie jest śnieg, nawet na drogach, więc trzeba jeździć po śniegu

Rower musiał być specjalnie przygotowany?

Oczywiście. Rower przygotowaliśmy w komorze klimatycznej w Politechnice Krakowskiej, gdzie najpierw przetestowaliśmy, a potem zmodyfikowaliśmy go. Ten rower później nas nie zawiódł.

On miał coś doczepionego, żeby dało się jechać w takich warunkach i w takiej temperaturze, przez śnieg? Był jakoś dodatkowo przygotowany?

Oczywiście, miał specjalne opony, które pozwalały jeździć w takich warunkach i był odpowiednio przygotowany. Przede wszystkim nie miał żadnego smarowania. Bez oleju, bez niczego - pracował na sucho.

Jak udało się dojechać, po 48 godzinach - co wydarzyło się wtedy?

Udało się wytrwać dwie doby, co zadziwiło miejscowych mieszkańców, bo oni nawet nie wierzyli, że my z Polski, Polacy, jesteśmy w stanie coś takiego zrobić.

Miał pan taką myśl, że można by jechać jeszcze dłużej? Może 50 godzin albo jeszcze więcej?

Wszystko jest możliwe, tylko trzeba odpowiednio się przygotować. Mam nadzieję, że to nie jest nasz ostatni projekt, że jeszcze wybierzemy się do Jakucji, kiedy będzie co najmniej -50 stopni lub jeszcze zimniej.

Możliwa jest jeszcze dłuższa jazda w takiej temperaturze, więcej niż dwie doby?

Nie mamy założenia, żeby jechać dłużej, ale jechać w niższej temperaturze i zrobić dłuższy dystans.

O czym się myśli, jadąc w takich warunkach, w takiej temperaturze?

Trzeba analizować stan organizmu, co z nim się dzieje. Zachodzi wiele procesów, które trzeba rozpoznać i właściwie zinterpretować, więc naprawdę cały czas jest co robić przez te dwie doby.

Po dojechaniu, po finale, od razu był odpoczynek, czy coś innego?

Było kilka godzin snu. Później pojechaliśmy na konferencję do szkoły, żeby się spotkać z miejscowymi ludźmi, mieszkańcami i opowiedzieć im, jak to wyglądało.

Ile czasu trwały przygotowania do pobicia tego rekordu?

Mogę powiedzieć, że trwały co najmniej 10-15 lat, żeby przygotować odpowiednią formę. Pluj jeszcze pół roku treningów specjalistycznych w chłodniach, w zimnie, żeby przyzwyczaić organizm i go lepiej poznać.

Ile czasu spędzał pan w takiej chłodni?

W Krakowie, na Politechnice spędziliśmy dwie doby w niskich temperaturach poniżej -50 stopni. Testowaliśmy tam zarówno siebie, ubrania, jak i sprzęt.

Czy można jakoś porównać to, jak człowiek czuje się, gdy jedzie rowerem w takiej temperaturze?

Na pewno czułem, że tam czas trwa inaczej, i że te 48 godzin jazdy w taki mróz to nie jest to samo co 48 godzin latem tutaj w Polsce. Trzeba powiedzieć, że to jest wysiłek co najmniej dwa razy większy i to wyzwanie było co najmniej dwa razy trudniejsze.

I specjalne ubranie pewnie musiało być?

Trzeba dokładnie kontrolować straty ciepła. To są procesy, które są dosyć ciekawe, ale musieliśmy je dobrze poznać.

Ile warstw stroju  miał pan na sobie?

Od trzech nawet do ośmiu warstw - w zależności od tego, w którym miejscu ciała i w którym momencie.