Pod koniec stycznia, Magdalena Fularczyk-Kozłowska i Natalia Madaj - nasze złote medalistki igrzysk olimpijskich z Rio de Janeiro - otrzymały nagrodę Międzynarodowej Federacji Wioślarskiej dla najlepszej osady 2016 roku. Fularczyk-Kozłowska w rozmowie z RMF FM opowiada, jak się poznała ze swoją partnerką z łódki, ile spędzają ze sobą czasu oraz czy wioślarstwo to kobiecy sport.

Magdalena Fularczyk-Kozłowska i Natalia Madaj /Marcin Obara /PAP

Jan Kałucki: Choć mamy końcówkę lutego dostała pani kolejne wyróżnienie za 2016 rok. Można powiedzieć, że to takie symboliczne postawienie kropki i zaczyna pani myśleć o startach w 2017 roku?

Magdalena Fularczyk-Kozłowska: Chciałoby się postawić kropkę, ale każde wyróżnienie cieszy. Miniony sezon był pod wieloma względami wyjątkowy. To nasze pięć minut. To złote chwile polskiego wioślarstwa i chcemy to wszystko celebrować, by jak najwięcej tych pozytywnych emocji zostało i motywowało do dalszej pracy.

Myślę, że to pięć minut wydłużyło się co najmniej o dziesięć - biorąc pod uwagę, że igrzyska olimpijskie w Rio były pół roku temu.

Faktycznie, to pięć minut przedłużyło się do akademickiego kwadransa, ale to bardzo miłe. Nieskromnie mówiąc - pracowałyśmy na to.

Spodziewała się pani wyróżnienia od Międzynarodowej Federacji Wioślarskiej?

Nie, muszę przyznać, że nie. Dla nas nominacja do piątki najlepszych osad na świcie była sporym zaskoczeniem. Gdzieś może myśl o wygranej przeszła, ale nie w tym towarzystwie, z którym miałyśmy do czynienia. Tym bardziej werdykt kapituły był dla nas ogromnym zaskoczeniem. Myślę, że to pięknie ukoronowanie naszej pracy, naszego trenera i duży ukłon w stronę polskiego wioślarstwa. Piękna dla nas sprawa.

W ilu procentach jest to zasługa ciężkiej pracy, w ilu talentu, a w ilu fakt, że się pani świetnie dogaduje i przyjaźni z Natalią Madaj?

Myślę, że 80 procent to naprawdę ciężka praca, 10 procent talent, a pozostałe dziesięć to pozostałe elementy. Przede wszystkim praca, szczęście, talent i trafienie w odpowiedniej chwili na osoby, które powinno się spotkać w życiu.

To chyba taką osobą musi być Natalia, bo widać, że się świetnie dogadujecie.

Tak, faktycznie. Z Natalią rozumiemy się praktycznie bez słów nie tylko w łódce, ale i poza nią. To jest chyba nasza tajna broń, że umiemy razem spędzać czas poza sportem, poza treningiem. Umiemy pójść na kawę, na zakupy. Biorąc pod uwagę, że dwie kobiety są ze sobą ponad 300 dni w roku, to może wyglądać co najmniej dziwnie. A jeszcze normalnie ze sobą rozmawiają.

Jestem facetem i słucham tego ze zdumieniem.

Nawet razem mieszkają!

O matko...

Tak (śmiech). Ale z Natalią znam się już prawie 10 lat. Myślę, że wiemy, kiedy mamy zejść sobie z drogi, kiedy mamy ciche, a kiedy radośniejsze dni. To, że tak się świetnie poznałyśmy sprawia, że mamy dodatkową siłę, która przekłada się na jak płynie nasza łódka.

Gdzie się poznałyście? W Wałczu?

Tak, w szkole mistrzostwa sportowe w Wałczu. Co prawda Natalia jest ode mnie dwa lata młodsza, więc spotkałyśmy się trochę później - ja już byłam w trakcie trenowania. Ale znam się z czasów juniorskich. Miałyśmy już wcześniej swój epizod próbując zakwalifikować swoje osady do igrzysk olimpijskich w Pekinie. Wtedy nam się niestety nie udało, ale widocznie tak miało być i cztery lata później spotkałyśmy się w jednej łódce i stałyśmy się nierozłączne.

I "zatrybiło"!

Tak, dokładnie. "Zatrybiło". Czuło się od razu, że będzie dobrze. Fajnie wyszło, bo nie tylko kibicom, ale sobie dostarczyłyśmy ogromnych emocji. To, co się dzieje podczas treningów, to tylko my wiemy.

Na wakacje też jeździcie razem?

Nie! Nigdy w życiu! Nie ma szans! (śmiech). Mimo że się lubimy i dogadujemy, to kiedyś też trzeba od siebie odpocząć. Mamy taką niepisaną zasadę, że jak się kończy sezon, rozjeżdżamy się do domów i przychodzi okres roztrenowania, to kontaktujemy się ze sobą tylko w pilnych sprawach. A tak nie odzywamy się do siebie, co jest moim zdaniem zdrowe, ponieważ mamy szansę, aby się za sobą stęsknić. Zawsze jak przyjeżdżamy na obozy, to przez pierwsze dni rozmawiamy ze sobą praktycznie bez przerwy.

A kiedy będę te pierwsze dni obozu w 2017 roku?

Jak na razie mamy plany indywidualne. Trenujemy w domu ze względu na to, że poprzedni rok był bardzo wyczerpujący. Poza tym chcemy naszym rodzinom wynagrodzić tę 300-dniową rozłąkę.

Wioślarstwo jeszcze do niedawna było kojarzone ze świetnie zbudowanymi mężczyznami. Kiedy mówi pani komuś, że uprawia wioślarstwo zdarza się, że słyszy pani: "ale jak to, nie widać"?

No tak. Ale ten obraz w rzeczywistości się trochę zamydla, bo w telewizji wyglądamy jak "zdrowe baby", a jak włożymy normalne ciuchy albo sukienkę i obcasy, to efekt jest zupełnie inny. My z Natalią łamiemy stereotyp wioślarki i tym bardziej fajnie, że dwie "kruszynki" odnoszą takie sukcesy. Oczywiście modelkami nie jesteśmy, ale znalazłyśmy ten sport, w którym możemy się zrealizować i który pokazuje, że nie samą siłą się wygrywa, ale też kobiecą subtelnością.

Osiągnęły panie absolutnych szczytów - złoto na igrzyskach olimpijskich, wyróżnienie Międzynarodowej Federacji Wioślarskiej... co teraz? Mistrzostwo świata w Stanach Zjednoczonych?

W planach są. Ale niczego nie chcemy obiecywać. Startem kontrolnym będą czerwcowe mistrzostwa Polski. Wtedy z trenerem Jakubem Urbanem ustalimy, co dalej z nami się będzie działo. Tak, jak prosiłyśmy przed igrzyskami olimpijskimi w Rio de Janeiro o cierpliwość, tak prosimy o nią nadal. Nie zawiedziemy.