Artur Jamrozik przez lata był trenerem reprezentacji Polski w szermierce. Przez lata pracował też w szermierczej sekcji Legii Warszawa. Jeszcze niedawno trenował olimpijską kadrę Egiptu, ale od ponad roku pracuje w Katarze. W rozmowie z RMF FM podkreśla, że to wyjątkowe miejsce, a z taką specyfiką pracy jeszcze się nie spotkał. Codzienność trenera katarskiej kadry nie jest jednak łatwa. "Reprezentacja to tak naprawdę ludzie z łapanki, prosto z ulicy" - mówi.

Patryk Serwański: Od kilku lat pracuje pan poza Polską. Jak udało się trafić do Kataru, który przecież mało kojarzymy z szermierką?

Artur Jamrozik: Jak to często w życiu bywa, trafiłem tu przypadkiem. W 2012 roku zakończyłem pracę z olimpijską reprezentacją Egiptu, szukałem pracy w Polsce, bo bardzo chciałbym kontynuować pracę w naszym kraju, ale niestety nie znalazłem. I po prostu pewnego dnia odebrałem telefon z katarskiej federacji. Zaproponowano mi wyjazd z ich reprezentacją na obóz treningowy do Niemiec. Miałem przygotować kadrę do zawodów Gulf Competition. Spędziłem z szermierzami trzy tygodnie. Później wszystko szczęśliwie się złożyło, bo udało się wygrać ten turniej i potem zaproponowano mi stałą pracę, ale tylko z męską kadrą. Kobietami nie mogę się zajmować.

Jak się tu pracuje?

Dziwnie. Inne były doświadczenia z Polski, inne z Egiptu, jeszcze inaczej jest w Katarze. Trzeba mieć dużo pokory wobec swoich założeń. Tutaj pewne rzeczy są blokowane. Nie mogę pracować choćby tak jak w Egipcie, gdzie miałem wolną rękę. Federacja narzuca pewne rzeczy. Mają swoje zasady, przepisy, do których muszę się stosować. Największym problemem jest to, że nie ma w ogóle klubów, które szkolą szermierzy. Zawodnicy do reprezentacji trafiają praktycznie prosto z ulicy. Robimy nabory w szkołach. Mam dwóch asystentów, którzy mówią perfekt po arabsku. Oni mają też specjalne zezwolenia od ministerstwa, żeby móc wejść do szkoły. Selekcja do sportu wygląda więc zupełnie inaczej niż w Europie. Poza tym każdy potencjalny zawodnik musi dostać zgodę rodziców. Często rodzice przyjeżdżają na pokazowy trening i podejmują decyzję, czy ich dziecko może trenować szermierkę. Cieszymy się praktycznie każdą osobą, która trafia do szermierki.

​Polka z Dauhy: Tu przyjeżdża się do pracy, a nie dla krajobrazów

Po ogromnych emocjach sportowych i awansie biało-czerwonych do ćwierćfinału mistrzostw świata proponuję Wam, w ramach odpoczynku od nerwowego wyczekiwania na końcową syrenę rozmowę, z kimś, kto mieszka w Katarze na co dzień. Aneta Popiel przyjechała tutaj w poszukiwaniu pracy (szybko znalazła) i... czytaj więcej

Skoro to taka łapanka, to jaka jest szansa na sukces sportowy?

To kolejny problem. Zawodnicy mogą sporo osiągnąć, ale przeważnie nie są rodowitymi Katarczykami, a tu jest duży kłopot ze zdobyciem paszportu. Trochę jak u nas za komuny. Trudno jest załatwić paszport dla zawodnika na wyjazd na turniej, jeśli nie jest rdzennym Katarczykiem. Zdarza się, że ktoś trenuje kilka lat, ale nie może jeździć na zawody, by rywalizować z rywalami z innych państw. Katarczycy są z kolei zbyt leniwi, nie przykładają wagi do sportu. Traktują go jak rozrywkę. Tu na miejscu mają wszystko. Poza tym jest ich bardzo niewielu. Reprezentacja to więc tak naprawdę ludzie z łapanki, ale niektórzy naprawdę mają talent. Kłopotem jest właśnie brak startów na imprezach rangi Pucharu Świata. Tu wszyscy interesują się lokalnymi turniejami w rejonie Zatoki Perskiej. Nie ma parcia na wynik. Jeśli ktoś zdobędzie medal w tych okolicznych imprezach, to wszyscy się cieszą. Bez zgrupowań, wyjazdów na turnieje trudno potem się rozwijać. W szermierce ważna jest jak największa ilość startów, poznawanie różnych stylów walki. Bez tego można zapomnieć o sukcesach. Później efekty są takie, że zawodników zjada stres i nie wykorzystują pełni potencjału.

W wielu krajach szermierka jest traktowana jako sport elitarny. Tutaj chyba tak nie jest?

Federacja jest bardzo młoda, ma 14 lat. Federacje europejskie mają 80-90 lat. Wszystko tu raczkuje. Większość funduszy idzie tu na sporty, które mają wydźwięk prasowo-telewizyjny: piłka nożna, piłka ręczna, koszykówka. W to się inwestuje. Może później większe środki trafią na rozwój mniejszych dyscyplin.

A jak wygląda infrastruktura? W jakich warunkach szkoli pan zawodników?

To poziom światowy. Możemy tylko pozazdrościć im obiektów i wyposażenia. Gdybym miał gdziekolwiek w Europie taką halę, jaką mam tu, na miejscu, to byłbym szczęśliwy.

Miał pan nawet lepsze warunki, ale 8-letni obiekt trzeba było zburzyć.

Niestety tak się stało. Mieliśmy do dyspozycji 32 plansze, ale hala została wyburzona, już jej nie ma. Niedaleko powstaje metro i powstał pomysł, by w okolicy postawić nowoczesne centrum handlowe. Zburzono nie tylko halę, ale też apartamentowce, które miały może dwa lata. To pokazuje skalę inwestycji w Katarze i pieniądze, jakie są tu inwestowane. Tempo jest niesamowite. Ludzie pracują praktycznie non-stop.

Wojciech Ignatiuk w poprzednim sezonie pracował w katarskim klubie piłkarskim Al-Saad. W tym roku przeniósł się do klubu Al Wakrah. Pracuje też w Aspire Academy, dokąd na zgrupowania przyjeżdżają najlepsze kluby świata. W rozmowie z RMF FM Ignatiuk opowiada o swojej pracy, ale też o katarskiej... czytaj więcej

Mówi się jednak sporo o złych warunkach pracy, niskich płacach.

Słyszałem o wypadkach śmiertelnych na budowach. Z tego, co słyszałem od Katarczyków, to robotnicy podpisują specjalne kontrakty, zarabiają mało, ale u siebie w kraju nie mieliby w ogóle pracy. Umowy podpisywane są na 6 lub 12 miesięcy. Pracuje się codziennie - nie ma wolnych weekendów - praktycznie całą dobę, na 3-4 zmiany. Jedynie latem w godzinach 11-15 jest zakaz pracy na budowach na zewnątrz. Wtedy temperatura dochodzi do 50 stopni.

Mówi pan o tym, że chciałby wrócić do Polski, z drugiej strony poznaje pan tu inną stronę szermierki, zbiera nowe doświadczenia. Czuje się pan tu spełniony czy jednak odstawiony trochę na boczny tor?

Po to studiowałem w Polsce, żeby w niej pracować. Przez lata zresztą odnosiłem w kraju sukcesy. Za granicą nabrałem nowego doświadczenia, które mogłoby być cenne. Nikt mi tu jednak krzywdy nie zrobił. Dobrze czuję się w Dausze, ale jako trener nie jestem do końca zrealizowany. Nie mam takiej swobody. Tutaj pewnych rzeczy nie da się zrobić, bo tu jest Katar. "Tu jest Katar" - taka odpowiedź kończy wiele moich dyskusji z przełożonymi.

Rozmawiałem z Polakami, którzy tu mieszkają, i wszyscy chwalą sobie Dauhę. A co panu się tu podoba?

Na przykład ceny benzyny - 80 groszy za litr. To bardzo miłe. Na miejscu kupi się wszystko, jak nie w zwykłym sklepie, to w sklepie dla obcokrajowców. Takie codzienne produkty, poza benzyną, są jednak drogie. Miejscowe pomidory kosztują 3 riale za kilogram, ale europejskie mogą kosztować 40. Różnice w cenach bywają kolosalne. Tu się zarabia naprawdę nieźle. Pracodawcy często oferują mieszkania, za które płacą. Kupno lub wynajem mieszania to bardzo droga sprawa. W najdroższych dzielnicach cena za wynajem zaczyna się od 10-12 tysięcy złotych. Największym problemem są, moim zdaniem, korki i sposób jazdy miejscowych kierowców. Większość nie powinna w ogóle mieć prawa jazdy. Na ulicach jest koszmarnie. Często, kiedy zawodnicy spóźniają się na treningi, to powołują się właśnie na korki. Oczywiście nie mogą wychodzić wcześniej z domu. W mieście jest mnóstwo wypadków, kierowcy jeżdżą tragicznie. Szczególnie ci z Nepalu czy Indii. Najgorzej jest na rondach. Ludzie z lewego pasa bez ostrzeżenia zjeżdżają w prawo. Nie przestrzega się przepisów, choć miasto jest monitorowane - po przekroczeniu prędkości zaraz dostaje się SMS-a z informacją o mandacie.